SYRIA W 16 DNI

-Panie Wiesiu, polej no pan ! Z tyłu autobusu dochodziły nas odgłosy imprezy urządzonej przez grupę handlarzy. 25 godzin temu wyjechaliśmy z Katowic.

Większość podróżujących było handlarzami jadącymi do Stambułu by kupić coś do swych sklepów, straganów i hurtowni. Niewielka część, tak jak my, jechała po przygodę. Nas było sześcioro. Trzy kobiety i trzech mężczyzn. Naszym celem był Egipt - ziemia faraonów, kraina Nilu. Chcieliśmy dotrzeć tam lądem - i morzem, pokonać statkiem krótki odcinek z Aqaby w Jordanii do Nuweiby w Egipcie. Wszyscy mieliśmy za sobą podróże po Europie, a troje z nas rok wcześniej także drogą lądową dotarło do Indii. To oni właśnie nadawali ton obecnej wyprawie - bogatsi w doświadczenia, przyzwyczajeni do długich podróży w autobusach i znający już Turcję. Odczucia w grupie były mieszane. Cieszyliśmy się wszyscy, że oto po tygodniach przygotowań, załatwiania formalności, wreszcie byliśmy w drodze. Z drugiej jednak strony przecież obecny cel naszej podróży - Egipt, miał być jedynie wstępem do wyprawy w głąb Afryki - gorącego Sudanu, małej Erytrei i górskiej, dzikiej Etiopii. Niestety, z powodu ograniczeń czasowych i finansowych, a także z powodu zamknięcia lądowej granicy pomiędzy Egiptem a Sudanem musieliśmy zadowolić się jedynie dotarciem do Egiptu. Na razie jednak mieliśmy przed sobą jeszcze 15 godzin jazdy do Stambułu.

***

Sam pobyt w Stambule wielką przygodą nie był. Bez problemu znaleźliśmy hotel, który choć jak na warunki Stambułu był dość tani 8 $ od osoby, miał być najdroższym punktem noclegowym na naszej wyprawie. Ci z nas, którzy już znali miasto pokazali je pozostałym. Znaleźliśmy dość tanią linię autobusową i wyjechaliśmy do Aleppo w Syrii. Po kilkunastu godzinach jazdy stanęliśmy na granicy. Mieliśmy opuścić Turcję, kraj wprawdzie egzotyczny, ale co by nie mówić, cywilizowany według naszego, europejskiego punktu widzenia.

Przed nami była Syria, pierwszy kraj arabski na naszej drodze, biedny, zacofany, rządzony twardą ręką przez prezydenta Assada, uwielbianego, przynajmniej oficjalnie przez naród. Odkąd znaleźliśmy się w Syrii, codziennie spoglądał na nas prezydent. Był wszędzie. Na każdej wystawie, w każdym sklepie, w autobusie, w hotelu - spoglądał na nas z portretów uśmiechając się wyrozumiale, bądź spoglądając groźnym wzrokiem w dal, w przyszłość, a może ku izraelskiej granicy? Czasem był sam, czasem z synami. Zawsze otoczony napisami z deklaracjami lojalności od obywateli. Czasem, nad drogą zawieszona była girlanda z serc, spośród których wyłaniała się sylwetka prezydenta w garniturze bądź w mundurze. Czasem wzrok nasz był przyciągany przez dużych rozmiarów pomnik, przedstawiający postawnego mężczyznę - prezydenta. Gdy wysyłaliśmy kartki pocztowe, ze znaczków także on spoglądał na nas.

Po zapewnieniu na granicy turecko-syryjskiej, że Izrael nie leży w planach naszej wyprawy, wjechaliśmy do Syrii. W Aleppo znaleźliśmy w miarę dobry hotel. Czysty, z łazienkami, balkonami, wiatraczkami i szerokimi, wygodnymi łóżkami. Pełni podniecenia i oczekiwań na wrażenia wyruszyliśmy na miasto. To, co nas zaskoczyło to... duża liczba rosyjskich napisów reklamowych sklepów, hurtowni i fabryk. Również na ulicy czasem można było usłyszeć rosyjską mowę. Tak więc handlarze z WNP opanowali nie tylko Stambuł i Teheran, ale także dotarli do Syrii. No cóż... pewien czar egzotyki prysł. Humor odzyskaliśmy na starym , krytym bazarze. Ścisk, tłumy przepychających się Arabów, stragany zastawione wszelkimi dobrami, jakie tylko w krajach Wschodu można nabyć. Kupcy krzykiem zachwalający swój towar , nie cofający się przed żadnym pochlebstwem ,żadnym sposobem by tylko móc sprzedać towar, niezmiennie zapewniający o niebywałej okazji ,jaką możemy wykorzystać kupując u nich. “Skąd jesteście ? - z Polski? Ja bardzo lubię Polaków .Dobrzy ludzie. Przyjacielscy. Sprzedam wam to poniżej kosztów (tu wskazuje rzecz). Wiecie, bardzo Was lubię. Bądźmy przyjaciółmi” - i tu padała propozycja ceny za towar, propozycja wielokrotnie przekraczająca rzeczywistą wartość towaru. Oczywiście nie wierzyliśmy ani w “very cheap” ani w “very good and good quality” ani w okazyjne ceny. Nasze dziewczyny do perfekcji opanowały sztukę negocjacji i targowania się. Przymilając się do sprzedawcy, uśmiechając się ślicznie, to znowu grożąc odejściem lub obwieszczając, że posiadają tylko tyle i tyle gotówki, wreszcie zrzucając winę na mężczyzn - towarzyszy podróży, którzy nie pozwolą im więcej wydać; prawie zawsze zbijały cenę do poziomu, który wydawał nam się przyzwoity ( a więc tanio, o wiele taniej niż podobna rzecz w kraju ).

ulica w Aleppo To co na zawsze pozostanie nam w pamięci po pobycie w Aleppo będą soczki. Odkryty przez nas bar, w którym wąsaty Arab do wielkiego miksera wypełnionego w części mlekiem wrzucał kolejno pokrojonego banana, pomarańczę, jabłko i tuzin innych nieznanych nam owoców, które to po zmiksowaniu dawały pyszny, wyborny sok. Bar stał się dla nas Mekką do której ściągaliśmy codziennie ( niektórzy nawet dwukrotnie). Ten wspaniały sok pity był z kufli takich jak te w których pijemy piwo. Syty, powodował, że wszelki głód znikał, a człowiek pełny wprawdzie jak bania, szczęśliwy jednak po tym przeżyciu kulinarnym, nabierał sił i energii do dalszego poznawania miasta. Później w innych miejscowościach Syrii znajdowaliśmy podobne bary i pijalnie soków, były one także w Jordanii , nigdzie jednak smak soków nie był tak doskonały jak w owym barze w Aleppo. Gdy wreszcie Aleppo i okolice poznaliśmy dość dobrze udaliśmy się dalej. Naszym kolejnym celem był Tartus - starożytne miasto leżące nad wybrzeżem Morza Śródziemnego. Wybraliśmy, już tradycyjnie, tanią linię autobusową. Radośni, że jedziemy dalej przyszliśmy na dworzec .

***

Nagle dobiegł nas odgłos szczekania. I nie byłoby w tym nic dziwnego , gdyby nie to , że "dającym głos" był kierowca starego autobusu , którym jechaliśmy w kierunku wybrzeża .Wychylał on się mocno przez okno , oszczekując samochody

blokujące ruch , w ten orginalny sposób dając wyraz swojej frustracji. Szybko wyciągnęliśmy kamerę uwieczniając ten jego zwyczaj na taśmie . To , że jest filmowany , pobudziło kierowcę do jeszcze bardziej głośnego i zajadłego szczekania , ku wielkiej uciesze zarówno nas , jak i innych pasażerów autobusu .

***

Cudzoziemiec jest atrakcją dla tubylców. "Where are you from ?What is your name ?" (Skąd jesteście ? Jak się nazywasz ?)- te pytania , każdy kto wyjedzie na Bliski czy Daleki Wschód słyszy wielokrotnie w ciągu każdego dnia . Turysta słysząc te pytania albo przestaje na nie odpowiadać albo podaje się za np.Chińczyka lub popada w rutynę - “from Poland ,from Poland” .Jednak to właśnie po jednym z takich pytań rozpoczęła się nasza przygoda z Sudańczykiem!

Staliśmy w pobliżu wybrzeża morskiego w Tartus , w Zachodniej Syrii. Było około godziny 20.00. Nagle zza ramienia kolegi usłyszeliśmy czyjś głos .

-"Skąd jesteście ? Z Polski ? A ja z Sudanu". Wysoki , młody Murzyn uśmiechał się kiwając głową.

-"Z Sudanu? Jak tam jest? Czy bezpiecznie? Jakie ceny? A co z transportem"? Zadawaliśmy pytania jeden przez drugiego, podekscytowani spotkaniem człowieka z kraju, do którego mieliśmy według początkowych planów jechać ; kraju , który pomimo dużej ilości przeczytanych książek wciąż jawił się nam bardzo tajemniczo . Nasze zainteresowanie wyraźnie przypadło Sudańczykowi do gustu.

-"Wszystko Wam opowiem . Chodźmy może do jakiejś knajpki !"

Pomysł wydał nam się tym bardzo interesujący tym bardziej, że właśnie wybieraliśmy się na kolację .Więc chętnie przystaliśmy na propozycję Czarnego Kolegi .Jedynie zaznaczyliśmy, że chcielibyśmy ,aby posiłek odpowiadał zasobom naszych kieszeni .

-"Świetnie !!Znam miejsce , gdzie podają bardzo dobre potrawy za niskie ceny .Chodźcie ze mną" .

Ruszyliśmy .Rozmawialiśmy o Afryce i problemach młodych ludzi .Jednak po 40 minutach kluczenia po mieście , zaczęliśmy się niepokoić .Nasz przewodnik zapewnił , że to już niedaleko .I rzeczywiście po paru chwilach weszliśmy do dyskretnie oświetlonej restauracji , mającej jak na tanią knajpkę zbyt ekskluzywny wygląd . Z zaniepokojeniem obserwowaliśmy ubranych na biało kelnerów , fontanny , stoły zastawione wielką ilością potraw i ludzi , którzy

Sudańczyk już rozmawiał z kelnerem i zapraszał do stolika . Zorientowaliśmy się, że za kolacje w tym miejscu będziemy musieli zapłacić tyle ile za dwu - trzydniowe pełne utrzymanie . Przez chwilę głód walczył z silną wola i ta druga wygrywa .Wychodzimy .

-Stójcie !- woła Sudańczyk. Nie możecie teraz wyjść. Zrobicie mi wstyd przed pracującymi tu kolegami .

Tłumaczymy , że jesteśmy studentami , nie mamy stałej pracy , cały rok oszczędzaliśmy na ta wyprawę . Czeka nas jeszcze długa droga wiec musimy żyć skromnie .

-Dajcie ile możecie , resztę dołożę !!

Naradzaliśmy się czy przyjąć ofertę Sudańczyka . Tak bardzo chce się już jeść ! Więc czemu nie ? Zbieramy 500 funtów syryjskich i siadamy przy stole .Uczta trwała godzinę , a kelnerzy przynosili potrawę za potrawą i obficie serwowali tutejszy alkohol .W końcu nadszedł czas zapłaty .Kelner przyniósł rachunek : 4000 funtów !!!Wtedy okazało się ,że Sudańczyk nie ma pieniędzy. Ani grosza !

-Ale nie martwcie się .Możecie dopłacić w dolarach .-z rozbrajającym uśmiechem doradził nasz sudański znajomy .

Ogarnęła nas złość .A wiec ten człowiek okłamywał nas cały czas by skorzystać z darmowej kolacji i to jakiej ! Próbowaliśmy negocjować z kelnerami , na szczęście z dobrym skutkiem . “Biedny” Sudańczyk musiał zostawić w restauracji swoje dokumenty , które miały być mu zwrócone , gdy dopłaci 3500 funtów . Nie wyglądał na specjalnie zmartwionego -czyżby dokumenty były fałszywe ?

O tym , że Sudańczyk posiadał pewien urok , świadczy fakt oczarowania przez niego jednej dziewczyn . Dokładnie rzecz biorąc wmówił jej , że siedzi w niej “choroba” , którą on wnuk czarownika z niej wypędzi .

-Kasiu opamiętaj się , nie wierz w te bzdury - błagaliśmy .

Nasz znajomy posunął się dalej : "Będę musiał Cię także dotykać , bo poprzez kontakt wypędzę chorobę .Najlepiej dokonam tego nad brzegiem morza ."

-Dobrze -zgodziła się Kasia .

Więc podzieliliśmy się na dwie grupy .Część z nas wróciła do hotelu , a Kasia wraz z dwoma opiekuńczymi kolegami i nowym znajomym ruszyła nad morze.

"Hulu bulu gula ..."-dochodziła nas monotonna pieśń kolegi z Czarnego Lądu .

Kasia stała po kolana w wodzie , a "czarownik" krążył wokół niej w rytualnym tańcu .

Po jakimś czasie do nas podeszło trzech mężczyzn, jeden z nich był w mundurze policjanta. Policjanci zaczęli zadawać pytania po arabsku. Zrozumieliśmy jedno słowo "arak". Jest to syryjski napój alkoholowy. To słowo w kraju arabskim brzmiało jak wyrok. Dla Muzułmanina, któremu Koran zabrania picia alkoholu biały człowiek, który wypił kilka kieliszków araku jest uważany za pijaka. Na szczęście uwaga policjantów skupiła się na Sudańczyku. Wykorzystując sytuację nasza trójka szybkim krokiem udała się do hotelu. Po kilku minutach zauważyliśmy, że Murzyn goni nas, a Murzyna goni policja. Zaczęliśmy biec w kierunku hotelu. Grupa pościgowa już się zbliżała. Hotel był już zamknięty. Zaczęliśmy się dobijać do drzwi, ale w tym kraju nikt się zwykle nie spieszy. Nagle przed drzwiami hotelu pojawił się z dzikim okrzykiem na ustach Sudańczyk, a za nim policjanci. Jednak nieporozumienie zostało wyjaśnione dzięki właścicielowi hotelu.

 

***

ruiny PalmyryArak coraz mocniej zaczynał szumieć nam w głowach. Tańczyliśmy w dużym namiocie, wraz z tuzinem Beduinów i polskich żołnierzy z ONZ. Przygrywała nam trójka miejscowych muzyków, którzy wydobywali ze swych instrumentów egzotycznie brzmiące dźwięki. Największe podziw wzbudzał wśród nas Beduin grający na instrumencie zrobionym z puszki “Shell’a”, przymocowanego do niej patyka i kilku strun.. A grał naprawdę ładnie. Zaczynaliśmy popadać w stan błogiego zapomnienia, odużeni alkoholem, muzyką i wirującym tańcem.. A wszystko zaczęło się kilka godzin wcześniej. W bocznej uliczce w Palmirze , mieście leżącym na Pustyni Syryjskiej, zauważyliśmy samochód ze znakami ONZ i polskimi żołnierzami w środku. Chłopcy odbywali służbę w kontyngencie sił międzynarodowych stacjonujących na syryjsko-izraelskiej granicy. Po radosnym powitaniu postanowiliśmy wybrać się razem do jednej z otaczających Palmirę wiosek. Tam właśnie odbywała się beduińska uczta. Popijając arak podziwialiśmy trzy beduińskie tancerki . Arak to mocna wódka anyżkowa, która po dolaniu wody zmienia barwę na białą. Muzułmanie są przekonani, że Allah widzi,że piją mleko, a nie zakazany przez Koran alkohol. Po kilku godzinach, o 6.00 rano wsiedliśmy do autobusu mającego nas dowieźć do Damaszku. Zmęczeni, niewyspani, ale szczęśliwi i pełni wrażeń. Ta impreza w beduińskim namiocie , na środku pustyni, na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Ten nastrój egzotyki, muzyka, zatraceni w tańcu Beduini. Dla takich wspomnień warto znosić wszelkie trudy podróży.

***

Przepychaliśmy się wśród tłumu podziwiając jednocześnie wygląd wielkiego, krytego bazaru w Damaszku. Rozmawiając po polsku zwróciliśmy uwagę młodego naganiacza, który zwrócił się do nas w ojczystej mowie.

-Jesteście z Polski?

Dziedziniec Meczetu Omajidów w DamaszkuBył to Darek, pół Syryjczyk, pół Polak. Jego rodzice mieszkają w Polsce, on zaś został w Damaszku na straży rodzinnego interesu - sklepu z pamiątkami. Marzył aby wyjechać do Polski, osiąść tam i założyć rodzinę. Zapominając o obowiązkach zaprosił nas na kolację.

W Damaszku rozpoczęły się nasze problemy wizowe. Ambasada Królestwa Jordanii odmówiła nam szybkiego wydania wiz i kazała czekać 6 tygodni. Było to dla nas zaskoczeniem. Wiedzieliśmy, że rok wcześniej Polacy uzyskiwali w Damaszku wizę od ręki. Oczywiście 6-tygodniwe czekanie nie wchodziło w grę. Grupa stanęła przed wyborem: zrezygnować z dalszej podróży lub dostać się do Egiptu drogą powietrzną. Zdecydowaliśmy się kupić bilety, co na Bliskim Wschodzie nie jest takie proste. Sprzedawano nam bilety na samolot, w którym nie było wolnych miejsc lub na lot, którego nie było. Wszystko skończyło się pomyślnie. Pozostało nam tylko czekać na samolot, który miał nas zabrać do Egiptu, gdzie czekała nas nowa przygoda.

 

 

Przejścia na strony: