OAZA SIWA

Egipt - kraina faraonów. Każdemu turyście kojarzy się nieodparcie z piramidami w Gizie i Sakarze, nurtem Nilu, świątyniami w Tebach i Abu Simbel oraz z Doliną Królów. Chcielibyśmy opowiedzieć jednak o innym, niezwykle interesującym, a mniej znanym miejscu. O Oazie Siwa. Leży ona na Saharze, w pobliżu libijskiej granicy. Dla każdego, kto był na pustyni, słowo oaza ma w sobie coś magicznego. Oznacza wodę i życie. Jest święta. Nic przeto dziwnego, iż już w starożytności Oazę Siwa na jedną ze swych siedzib wybrał Amon - najpotężniejszy z bogów Egiptu. Wznosiła się tam wielka świątynia wypełniona nieprzebranymi skarbami, otoczona szczególną czcią mieszkańców całego kraju. Skarby świątyni skusiły Kambyzesa, króla Persów, który w 525 r.p.n.e. po zajęciu delty Nilu, wysłał 50-tysięczny korpus w celu złupienia świątyni. Jednak Amon czuwał nad swoim sanktuarium. Na maszerującą perską armię spadła niespodziewanie burza piaskowa, grzebiąc ją całkowicie. Gdy 300 lat później do Egiptu wkroczył Aleksander Macedoński, również on postanowił dotrzeć do świątyni Amona w oazie Siwa. Wyruszył tam jednak jak pielgrzym, a nie jak zdobywca. Przywiózł dary, które złożył w świątyni. I Egipcjanie dostrzegli w Aleksandrze Boga. Wybudowano w Oazie Aleksandrowi wielką świątynię, a jego kult trwał tam wiele lat po jego śmierci.

Ponad dwa tysiąclecia po tych wydarzeniach do oazy Siwa zbliżaliśmy się my - grupa Polaków podróżująca po krajach bliskiego wschodu. Jechaliśmy starym autobusem z Aleksandrii. Początkowo, aż do Marsa Matruh autobus jechał wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, później już w głąb pustyni. Autobus trząsł się i podskakiwał na “marnej” drodze, jednak największą niedogodność stanowił pył przedostający się do autobusu wszystkimi szczelinami. Dodatkowo dok
uczał 50 - stopniowy upał. Początkowo ekscytowaliśmy się stadami wielbłądów, wyprzedzanymi co pewien czas przez nasz autobus. Wielkie wrażenie sprawiał widok na pustynię - płaska, ciągnąca się aż po sam horyzont równina - popękana ziemia i kamienie. Żadnego wzniesienia, punktu orientacyjnego, niczego na czym można by zaczepić wzrok. Wobec tej niczym nieograniczonej przestrzeni człowiek czuł się bardzo mały i samotny. Po kilku godzinach jazdy autobus zatrzymał się przy niewielkim budynku. Robił on niesamowite wrażenie - jeden jedyny parterowy budynek, a wokół jak okiem sięgnąć pustka. A co ciekawe, w tym budynku mieściła się restauracyjka, w której można kupić zimny napój, a także coś zjeść. Znajdowaliśmy się w połowie drogi między wybrzeżem a oazą. Postój autobusu trwał ledwie dwadzieścia minut, potem ruszyliśmy dalej. Do Siwy dotarliśmy już nocą. Autobus zatrzymał się na placyku w środku miejscowości o tej samej co oaza nazwie. Ledwie wysiedliśmy, otoczył nas tłum dzieci zachęcających do zatrzymania się w hotelikach ich rodziców. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna została z plecakami, a ja z kolegą poszedłem oglądać hotele. Wybraliśmy najlepszy - pięknie położony w gaju palmowym, o ładnych czystych pokoikach, z wiatraczkami (rzecz w tropikach bardzo przydatna), i co dziwne przy tych warunkach - tani. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że w Oazie Siwa wszystko jest dużo tańsze niż w innych, bardziej "turystycznych" miejscach Egiptu.

Będąc w oazie Siwa koniecznie trzeba zobaczyć ruiny świątyń Amona i Aleksandra. Jednak my na "pierwszy ogień" wybraliśmy Wzgórze Umarłych. Podziurawione licznymi kryptami, którym zawdzięcza swą nazwę, góruje nad miejscowością. Z jego szczytu roztacza się piękny widok na miasteczko i całą oazę. W oddali dostrzegaliśmy tafle dwóch jezior, a hen, za ostatnimi palmami, pustynię.widok na stare miasto ze wzgórza umarłych

Zmęczeni palącymi promieniami słońca postanowiliśmy udać się w kierunku jednego z jezior, z pewną nadzieją na kąpiel. Po trzygodzinnej wędrówce, dzięki pomocy miejscowych chłopów, którzy wskazali nam drogę, stanęliśmy nad brzegiem jeziora. Było piękne - z jednej strony jeziora wznosiły się strome góry, z drugiej, do samej wody dochodziły piaski Sahary, a z tej, z której nadeszliśmy cień na wodę rzucały gaje palmowe. Do kąpieli jezioro jednak się nie nadawało - jego głębokość nie przekraczała jednego metra, a gdzie niegdzie wystawały ponad wodę różne formy utworzone z soli. Na jeziorze znajdowała się wyspa, połączona z lądem długą groblą. Dowiedzieliśmy się z przewodnika, że znajduje się tam źródło. Gdy dotarliśmy na miejsce, rzeczywistość przeszła nasze oczekiwania. Źródło było wybetonowane - tworząc basen głęboki na dziesięć metrów o pięciometrowej średnicy. Kilka metrów dalej stał szałas, w którym wypoczywało dwóch Berberów. Ich zadaniem było utrzymywanie źródła w czystości, a zarabiali sprzedając turystom zimne napoje. Turyści nie docierali tu wprawdzie często, ale i potrzeby żyjących w wielkiej symbiozie z naturą mieszkańców oazy nie były wielkie. Berberowie poinformowali nas, że turyści mogą się kąpać w basenie (i to bez opłat) oraz udostępnili nam swój szałas jako przebieralnie. Szałas ten był z dziurawej maty, a w środku znajdował się nawet kawałek lustra, w którym to kawałku można było obejrzeć swoje nogi. Po krótkiej chwili byliśmy już w wodzie. A nie ma chyba przyjemniejszej rzeczy, niż zanurzyć rozgrzane afrykańskim pustynnym powietrzem ciało w miarę chłodnej wodzie. kąpiel w basenie

Pluskaliśmy się ponad godzinę, a potem wypoczywaliśmy w cieniu palm nad brzegiem słonego jeziora - jedząc banany i popijając colą. Wieczorem wróciliśmy do miasteczka.

Miasteczko robiło niesamowite wrażenie. Gliniane domki, w których mieszkali tubylcy, były jakby przeniesione z innej epoki - albo nie, tu wogóle była inna epoka. Asfaltu nie było. W Siwie było kilka ledwie samochodów - przy odrobinie szczęścia można było cały dzień spacerować po miejscowości i nie spotkać żadnego mechanicznego pojazdu. Nie sposób było natomiast nie natknąć się na dwukołowe wozy ciągnione przez osiołki. To na nich opierał się cały lokalny transport. Przed meczetem czy sklepikami "parkowało" czasem kilka takich pojazdów.

Życie płynie w Siwie zupełnie innym trybem. Czas nie ma wielkiego znaczenia. Nikomu się nie spieszy. Dla turysty dysponującego jedynie ograniczonym czasem może to być nieco kłopotliwe. Pewnego razu zamówiliśmy w knajpce jedzenie. Zażyczyliśmy sobie jakiejś potrawy, która miała być wypiekana w piekarniku. Siedzimy i czekamy. Byliśmy przyzwyczajeni, że na posiłek czeka się i 45 minut. Przez ten czas można obserwować niezwykle egzotyczne dla nas otoczenie, oraz długo rozmawiać i planować kolejne wyprawy. Ale gdy po godzinie oczekiwania zobaczyliśmy, jak chłopak kuchenny przywiózł dopiero na wózku piecyk, który miał być zamontowany by przygotować dla nas danie, mieliśmy dość - wstaliśmy. Ulegliśmy jednak prośbą właściciela (w końcu w nowej knajpce proces czekania trwałby od początku) i ostatecznie pozostaliśmy, otrzymując w zamian w półtora godziny po złożeniu zamówienia upragnioną potrawę. Całe szczęście, że napoje podawane są od razu, choć jeśli zamawia się sok np. z bananów należy się spodziewać, iż owoce na ten sok dopiero będą kupione na targu przez pracownika danej knajpki.

Trzeciego dnia pobytu w oazie wyruszyliśmy do świątyń. Była to daleka trasa, gdyż leżały one po drugiej stronie oazy. Po dość długim marszu dotarliśmy do źródła Kleopatry, przy którym znajdował się basen, dwa razy większy od tego, w którym wcześniej zażywaliśmy kąpieli. Po dłuższym odpoczynku i wykąpaniu się, ruszyliśmy dalej, aż w końcu dotarliśmy do świątyń. Z wspaniałej ongiś świątyni Amona wiele nie pozostało - ot kilka bloków ociosanego kamienia. Za to świątynia Aleksandra prezentowała się wspaniale - rozległe ruiny z fantazyjnymi wieżyczkami wyłaniają się nagle ponad wierzchołkami palm.

świątynia Aleksandra Wielkiego

Spędziliśmy sporo czasu wśród pozostałości świątyni macedońskiego króla, a następnie wróciliśmy do źródła Kleopatry, gdzie byliśmy umówieni ze spotkanym wcześniej Berberem. Zaprosił on nas do swojego gaju palmowego, na który składało się otoczonych płotkiem kilkadziesiąt palm. Doświadczyliśmy tam zaproponowanego przez gospodarza orientalnego masażu. Gospodarz, jak mówił, był niegdyś uczniem wybitnego masażysty - czy to prawda, nie wiem, jednak po jego masażu zmęczenie, jakie odczuwaliśmy po całodniowej pieszej wędrówce minęło. Zostaliśmy następnie poczęstowani winem daktylowym - ohydstwo. Wypiliśmy kilka łyków i grzecznie wymówiliśmy się od dolewki. Gdy już noc zapadła, postanowiliśmy wracać do hotelu. Nasz gospodarz zaprzągł osiołka do załadowanego jakimś zielskiem wozu i gdy wsiedliśmy, osiołek ruszył. Było w tym coś pięknego. Niebo, rozświetlone milionami gwiazd, jakie tylko nad pustynią ujrzeć można. Jechaliśmy wąską polną drogą wśród palm, ciągnieni przez osiołka, słuchając cichego śpiewu Berbera. I czuliśmy się szczęśliwi. I w takiej właśnie scenerii, na prośbę naszego gospodarza, odśpiewaliśmy mu nasz narodowy hymn.

Oazę Siwa opuszczaliśmy z żalem. Spędziliśmy tam cudowne chwile. Znaleźliśmy Egipt takim, jakim był wiele lat temu. Będąc w Egipcie trzeba oczywiście zobaczyć piramidy, warto jednak znaleźć nieco czasu i pojechać do oazy Siwa.

 

Przejścia na strony: