PAKISTAŃSKA GOŚCINNOŚĆ
Często znajomi pytają nas, jaki kraj przez nas odwiedzony był najpiękniejszy i w którym ludzie byli najbardziej przyjaźni i gościnni ? I o ile odpowiedź pierwszą część pytania zawsze jest poprzedzona pewnym wahaniem, i nigdy tak właściwie nie jesteśmy całkowicie pewni (Każdy z odwiedzonych krajów był ciekawy i piękny na inny sposób), to na drugą część odpowiedź jest tylko jedna : w Pakistanie!
Do Pakistanu przyjechaliśmy w roku 1995. Po 4 dniowym tranzycie przez Iran dotarliśmy do punktu granicznego w Taftanie. Przejście graniczne po Irańskiej stronie miało wygląd, z europejskiego punktu widzenia, cywilizowany (duże murowane budynki), natomiast po stronie Pakistańskiej było kilka glinianych domków otoczonych drutem kolczastym. Po odstaniu kilkunastu minut w różnych kolejkach przekroczyliśmy granicę. To co czuliśmy najbardziej to zmęczenie. Było bardzo gorąco. Taftan swoim wyglądem przypomina miasteczko z innej epoki: gliniane wysuszone domki, ulice oczywiście bez żadnego utwardzenia, za to pełne wszędzie wciskającego się kurzu. I ludzie. Ubrani w lokalne stroje, często w turbanach, przypominali nam mudrzachedinów jakich widzieliśmy w telewizji w migawkach poświęconych wojnie w Afganistanie. O tym, że to jednak XX wiek przypominały jedynie wielkie beczki z paliwem, spełniające rolę stacji benzynowej i bajecznie kolorowe, pooblkejane lusterkami i kolorowymi szkiełkami pakistańskie autobusy. U miejscowych cinkciarzy wymieniliśmy dolary na rupie pakistańskie i kupiliśmy bilety na autobus do Quety. Czekało nas 18 h jazdy przez pustynie po bezdrożach i w straszliwym upale. Postanowiliśmy się zaopatrzyć w zapasy wody na drogę, ale udało się nam kupić jedynie dwie półtora litrowe butle ciepłej coca-coli.
Załadowaliśmy się do autobusu. Jako, że kupiliśmy bilety jako jedni z ostatnich mieliśmy miejsca na samym końcu. "Urokiem" podróżowania na tylnym siedzeniu, gdy dodatkowo nie ma utwardzonej drogi, a resory w autobusie pamiętają nade odległe czasy jest ciągłe podskakakiwanie. I o ile takie podskakiwanie podczas jazdy można potraktować jako zabawę przez pierwsze 10 minut, to po kilku godzinach jazdy ma się go serdecznie dość. Początkowo jednak zbytnio na podskakiwanie nie narzekaliśmy, bo nasz autobus zaledwie po kilku minutach jazdy zatrzymał się. Przed nami stało kilka innych autobusów, droga (a raczej szlak) była zastawiona szlabanem, a pakistańscy żołnierze dokładnie sprawdzali bagaże podróżnych. Ponieważ na dachu każdego autobusu było mnóstwo worków, kufrów i najprzeróżniejszych pak, w których podróżujący pakistańczycy przewozili swój dobytek, kontrola nie imponowała szybkością. Po mniej więcej godzinie pierwszy z autobusów odjechał. Zbliżało się południe, upał stawał się nie do zniesienia. Gdy jednak na chwilę opuściliśmy autobus, okazało się że na zewnątrz jest jeszcze gorzej. Żar lejący się z nieba i gorący, wprost parzący wiatr, oraz wciskający się wszędzie piach i pył powodował, że wnętrze dusznego autobusu wydało nam się schronieniem całkiem miłym. Postanowiliśmy racjonować nasze skromne zapasy napojów - po jednym łyku na godzinę. Wydaje się, że to dużo, zwłaszcza w porównaniu z przemierzającymi pustynię podróżnymi w poprzednich wiekach, zmuszonymi zadowalać się często mniejszą ilością płynów. Jednak i przy naszym ograniczeniu picia czas biegł nam zupełnie inaczej: Łyk napoju - co za ulga. Potem niecierpliwe czekanie i zerkanie na zegarek - dopiero 5 minut, a tak bardzo chce się już pić! Po 15 minutach kompletnie wysuszone gardło i usta, i ani odrobiny śliny. Potem ostatnie minuty - i to uczucie podekscytowania. I wreszcie jest - kolejna pełna godzina. Szybko chwytamy za butelkę. Jeden Łyk. Tak oczekiwana chwila szczęścia. Ledwie zroszone gardło i trzeba odstawić butelkę. I wszystko zaczyna się od nowa.
Po 3 godzinach oczekiwania znowu wychodzimy na zewnątrz. Już zaraz zacznie się kontrola naszego autobusu. Pokazujemy żołnierzom, że bardzo nam gorąco. Wskazują nam barak. W środku - kubły z wodą, z całym mnóstwem wody. Żołnierze pozwalają się nam umyć. Polewamy zimną wodą głowy, co za ulga, co za przyjemność. Gdy wracamy do autobusu, po 3 minutach głowy mamy z powrotem suche i gorące. Przed odjazdem autobusu, który niebawem nastąpił, jeszcze raz moczymy głowy. Wreszcie ruszyliśmy. Długa i monotonna jazda z podskakiwaniem, a my mierzymy czas za pomocą racji napoju. Wieczorem zatrzymujemy się w małej wiosce na krótki postój. I tu czeka nas zaskoczenie. Kilka glinianych chat, a przed jedną z nich stoi wielka lodówka, z której przedsiębiorczy tubylec sprzedaje zimne napoje. Nie wiem ile butelek coli, fanty i sprita wypiliśmy. Dużo. Uzupełniliśmy też zapasy picia na drogę. Wydawało nam się to nierealne. Środek pustyni, malutka wioska w dzikim Beldżustanie (prowincja Pakistanu), brak drogi, domy ulepione z gliny, a tu lodówka, generator prądu i zimna, zimna coca-cola. Niebywałe. Wkrótce zapada noc. Gdy spojrzymy w górę widzimy niebo roziskrzone milionami gwiazd. Uważam, że warto znosić upał, niewygody i pragnienie dla tego cudownego widoku wspaniale rozgwieżdżonego nieba, widoku jaki można dojrzeć jedynie nad pustyniom.
Na kolejnym postoju w kolejnej wiosce oddaliłem się nieco od autobusu w poszukiwaniu ustronnego miejsca. Za jedną z chat , wokół paleniska siedziało kilku pakistańczyków. Wszyscy z czarnymi brodami, w turbanach, w świetle ognia sprawiali groźne wrażenie.

Spostrzegli mnie. Uśmiechnęli się i wskazali miejsce obok siebie. Z wielką chęcią usiadłem obok nich. Po chwili w jednej ręce trzymałem kubek herbaty, a w drugiej spory kawał soczystego arbuza. Porozumiewaliśmy się językiem migowym. Dałem im do zrozumienia że poczęstunek jest pyszny a Pakistan to wspaniały kraj, sprawiając im tym dużą radość. Było coś niesamowitego w tym brataniu się z na pozór dziko wyglądającymi wyznawcami Allacha. Wkrótce potem wróciłem do autobusu i pojechaliśmy dalej. Do Quety dojechaliśmy rano. Z ulgą wysiedliśmy z autobusu. W Quecie zatrzymaliśmy się na trzy dni, z powodu choroby kolegi i z powodu Abida (o czym za chwilę). Zatrzymaliśmy się w hotelu Muslim, w którym za 4 USD wynajęliśmy 3-osobowy pokój z łazienką. Chcąc wyruszyć w dalszą drogę pociągiem, postanowiliśmy uzyskać zniżkę na przejazd tym środkiem lokomocji. Sprawa uzyskania zniżki kolejowej jest w Pakistanie skomplikowana. Najpierw trzeba napisać podanie, że się taką zniżkę chce, i że się jest studentem (konieczna międzynarodowa legitymacja studencka). Podanie to należy złożyć w specjalnym biurze, gdzie zostanie ono rozpatrzone przez urzędnika. Po pozytywnym rozpatrzeniu, urzędnik wypisze na maszynie pismo, z którym można wrócić na dworzec kolejowy. Pismo owo uprawnia do zakupu po cenie ulgowej, w specjalnej kasie biletu kolejowego na jeden konkretny (wymieniony w piśmie) pociąg. Jeśli następnym razem będzie się chciało jechać pociągiem, trzeba napisać nowe podanie i zacząć procedurę od początku. Trzeba przy tym przyznać, że system ten daje pracę sporej grupie ludzi, gdyż w każdym biurze rozpatrującym podania pracuje kilku urzędników.
Właśnie szukając takiego biura spotkaliśmy Abida. Siedział w sklepie, w którym pytaliśmy się o drogę. Poczęstował nas herbatą i colą. Był bardzo szczęśliwy z możliwości rozmowy z obcokrajowcami. Zaproponował nam, że pokaże nam miasto, na co chętnie przystaliśmy. Od tej chwili najbliższe dni spędziliśmy w towarzystwie i na koszt Abida. Honor nie pozwalał mu, by jego goście mogli sami coś kupić. Z dumą zapraszał nas do restauracji i pakistańskich jadłodajni, gdzie zamawiał dla nas specjały Pakistańskiej kuchni. Drugiego dnia znajomości Abid pożyczył samochód i pojechaliśmy do odległego od Quety o ponad 100 km Ziriatu - zielonych, zimnych i pełnych strumieni gór wyrastających na pustyni.

Obsypał nas prezentami. Gdy zaprosił nas do swojego sklepu, aż pęczniał z dumy że jego sąsiedzi widzą, iż ma przyjaciół z Europy. W końcu jednak musieliśmy jechać dalej. Abid również kupił bilet kolejowy i przez część trasy nas odprowadzał.
Podczas długiej podróży koleją wielokrotnie spotykaliśmy się z życzliwością Pakistańczyków. W Pakistanie na stacjach pociąg stoi 15-30 minut i większość pasażerów w tym czasie wychodzi na peron, gdzie znajdują się liczne sklepiki i bary. Później dwukrotnym gwizdaniem pociąg zawiadamia wszystkich, że zaraz ruszy. Wszyscy pędem wracają do pociągu, który po chwili odjeżdża. Gdy na jednym z postojów na stacji kolejowej kupowałem w sklepiku coś do picia stojący za mną młody Pakistańczyk spytał się, czy może za mnie zapłacić.
- "Dlaczego chcesz płacić?" - zapytałem zdziwiony, na co on odparł:
- "Jesteś gościem w moim kraju. Cieszę się, że przyjechałeś zobaczyć mój kraj i dlatego chciałbym zapłacić za ciebie." Pakistan był jedynym odwiedzonym przez nas krajem, w którym coś takiego się zdażało. A to nie był wyjątek. Gdy czekaliśmy na stacji na pociąg, otaczał nas tłum pakistańczyków przypatrujących się nam z ciekawością. W końcu jeden z obserwujących nas ludzi zdobywał się na odwagę, podchodził i łamaną angielszczyzną pytał: skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, co robimy i czy podoba się nam Pakistan. A w końcu czy nie chcielibyśmy się czegoś napić. Gdy zostaliśmy już poczęstowani colą czy innym napojem, pakistańczyk który z nami rozmawiał wracał do grupy otaczających nas ludzi i podnieconym głosem opowiadał, co się od nas dowiedział. Po kilku minutach inny Pakistańczyk podchodził do nas by zapytać o to, o co pytał poprzednik. Ponieważ kilkugodzinne spóźnienia pociągów są w Pakistanie normą i oczekiwanie na dworcach było długie byliśmy częstowani wielokrotnie.
Po 30 godzinach od wyjazdu z Quety nasz pociąg dotarł wreszcie do Rawalpindi. Z tamtąd udaliśmy się w góry (Karakorum) gdzie również często spotykaliśmy się z gościnnością krajowców. Kierowcy ciężarówek, które braliśmy na stopa nie tylko zapraszali nas na posiłki, ale czasem nadkładali drogi by dowieść nas do naszego celu. Po powrocie z gór i krótkim postoju w stolicy kraju - Islamabadzie, pojechaliśmy do Lahore - stolicy pakistańskiego Pendżabu, ostatniego miasta na naszej drodze do Indii. Od wielu dni podróżowaliśmy w gorącym klimacie, do upałów byliśmy więc już nieco przyzwyczajeni. Tutaj doszedł jednak jeszcze jeden element - wilgoć. Po przejściu kilku kroków na ulicy człowiek był już cały mokry. Po kilku minutach spaceru po mieście czuło się zmęczenie, a jedynym marzeniem był lokal z klimatyzacją. Zaczeliśmy tęsknić do klimatu pustyni, który choć gorący, jest przecież suchy.
Po długim targowaniu się wynajeliśmy pokój w hotelu. W dziele zbicia ceny wsławił się Tomasz, który władczym gestem kazał wynieść z pokoju dodatkowy materac, za który mieliśmy płacić. Mimo znacznego zbicia ceny (a może właśnie dlatego) właściciel hotelu wyraźnie nas polubił. Gdy po dniu pobytu zamierzaliśmy jechać dalej, właściciel hotelu zmartwił się, że przecież nie zdążyliśmy zwiedzić jego miasta. I zaproponował byśmy zostali jeszcze jeden dzień dłużej, oferując w zamian darmowy nocleg w hotelu. Quete zamierzaliśmy zwiedzać w drodze powrotnej z Indii, jednak w takiej sytuacji postanowiliśmy skożystać z zaproszenia.
W Quecie znajdują się wspaniałe zabytki z okresu panowania mogołów w Indiach. Wielki meczet, mogący pomieścić ...... tysięcy wyznawców Mahometa i znajdujący się obok wielki fort stanowią serce wielkiego miasta.
Do Pakistanu wróciliśmy po miesięcznym pobycie w Indiach. Pakistan nie przyjął nas tym razem serdecznie. Najpierw mieliśmy pewne problemy na granicy- według urzędnika nasza wiza była już nie ważna, choć według zapewnień uzyskanych w ambasadzie mogliśmy kożystać z niej jeszcze przez pół roku. W końcu po długich targach dostaliśmy specjalną przepustkę na 72 godzinny tranzyt przez Pakistan. Musieliśmy więc porzucić zamysł odwiedzenia Peszawaru, i jak najszybciej jechać w kierunku irańskiej granicy.
Pierwszym etapem naszego tranzytu było znowu Lahore. Gdy minibus wiozący nas od granicy indyjskiej do tego miasta był mniej więcej w połowie drogi, kierowca zarządał od nas dwa razy większej zapłaty, niż ustaliliśmy to podczas wsiadania. Niestety, tego typu naciągacze też się zdażają. Oczywiście, od razu oświadczyliśmy, że nie zapłacimy nic, i że wysiadamy. Perspektywa utraty wcześniej ustalonej marży skłoniła jednak kierowce (po kłótni i narzekaniu na skąpstwo niewiernych) do przewiezienia nas na miejsce, za co zainkasował ustaloną początkowo zapłatę.
Nie dane nam jednak było zwątpić w gościnność i przyjaźń większości Pakistańczyków. Na dworcu kolejowym w Lahore poznaliśmy Szarifa, który pomógł nam w załatwieniu pozwolenia na przejazd ze zniżką. Wracał z egzaminów na uniwersytet do swojej rodzinnej miejscowości, i część drogi mieliśmy odbyć razem. Już w pociągu otworzył walizkę, Postanowił podarować nam spodnie i koszule, które właśnie - kożystając z pobytu w dużym mieście - sobie kupił. Pakistańczykowi, gdy daje prezent nie można odmówić. Do dziś te rzeczy przypominają nam o studencie z odległego kraju, dla którego danie prezentów ledwie poznanym ludziom było czymś naturalnym.
Po kilku godzinach jazdy pociągiem i pożegnaniu naszego przyjaciela, musieliśmy wysiąść na małej stacyjce, gdzie mieliśmy oczekiwać na pociąg do
Quety. Zainteresowała nas grupa mężczyzn, wyraźnie się czymś ekscytująca. Okazało się, że grali w chinczyka. Otoczeni byki przez grupkę kibicujących widzów. Trochę nas śmieszyło, jak ci dorośli mężczyźni fascynują się tą grą, jak się cieszą ze zwycięstw i wyraźnie smucą porażkami. Okazało się, że oni również jechali do Quety. Do pociągu wsiedliśmy razem. Ponieważ nie potrafili wytłumaczyć nam, że pociąg do Quety właśnie wjechał, tylko na inny tor, chwycili nagle nasze bagaże i zaczeli z nimi biegnąć. Polecieliśmy za nimi i zajeliśmy współnie 1 przedział. W pociągu gra w chińczyka mogła toczyć się dalej. Przyłączyliśmy się do niej także my- grając na zmianę z trójką Pakistańczyków. Nasze przyłączenie się do gry spowodowało, że prawie wszyscy podróżni z wagonu z zainteresowaniem przyglądali się grze otaczając nas coraz ciaśniejszym kołem. Sympatia kibiców była zdecydowanie po naszej stronie. Każde wyżucenie przez nas 6 witane było radościom i klaskaniem, wyżucenie na kostce 1 natomiast z nieukrywanym żalem. Kibice nie ograniczali się tylko do obserwacji, cały czas komentowali bieżącą sytuację na planszy. Gdy wygraliśmy następowała ogólna radość, gratulacje i uściski. Rozegraliśmy może 10 parti. Najwięcej razy wygrała Asia, co ze względu na jej płeć i fakt ogrania przez nią mężczyzn wywoływało jeszcze silniejsze reakcje widowni i większy entuzjazm kibiców.
Gdy dotarliśmy do Quety kupiliśmy bilet na autobus do granicy. Właściciel lini autobusowej, którą mieliśmy jechać - widząc nasze zmęczenie (praktycznie od opuszczenia Goa w Indiach byliśmy cały czas w drodze - 5 dni bez noclegu w hotelu, podróżując w licznych autobusach i pociągach) udostępnił nam mały pokoik przy biurze - mogliśmy się tam umyć i trochę przespać, gdyż autobus odjeżdżał za dwie godziny. Po 18 godzinach byliśmy w Taftanie, na granicy Irańskiej. Był świt i granica była jeszcze zamknięta. Spacerowaliśmy po tej miejscowości, gdy odezwał się do nas łamaną angielszczyzną policjant. Gdy dowiedział się, że mamy chwilę czasu, zaprosił nas do swego domu. Popijaliśmy herbatę, słuchaliśmy pakistańskiej muzyki ze starego magnetofonu i rozmawialiśmy z naszym nowym znajomym. Gdy powiedzieliśmy, że podoba nam się puszczana przez niego muzyka, natychmiast podarował nam kasety. Kilka minut po pożegnaniu policjanta przekroczyliśmy granicę Iranu.
Chcielibyśmy wrócić jeszcze do Pakistanu. Mamy nadzieję, że Pakistańczycy się nie zmienili. Słyszeliśmy od innych podróżników, że pierwszym pytaniem, jakie stawiają teraz Pakistańczycy cudzoziemcą jest: Czy wy też macie bombę atomową.. Na obywatela kraju bezatomowego ponoć patrzą z wyższością. Ponoć mieszkańcy kraju się zmienili. Nie wieżymy w to jednak. Dla nas Pakistan zawsze pozostanie synonimem gościnności. Wiemy także, że posiadamy ogromny dług
Przejścia na strony: