Namaste

 

Nepal to kraj, o którego zwiedzaniu zawsze marzyliśmy. Egzotyczne miejsca, tajemnicze świątynie i ten niepowtarzalny urok miast himalajskich. To wszystko zapamiętamy na całe życie.

Do Nepalu dostaliśmy się od strony Indii. Wykupiliśmy w Delhi wizę, chociaż można ją dostać i na granicy, i ruszyliśmy na podbój Nepalu. Przeznaczyliśmy na zwiedzenie Nepalu trzy tygodnie. Pierwsza na naszej mapie zwiedzania znalazła się stolica Nepalu - Katmandu. Według miejscowych kronik Katmandu założył w X w. król Gunakamadewa. Zgodnie z legendą królowi przyśniła się bogini Malakśmi i kazała mu wybudować Katmandu. Bogini zażyczyła sobie, aby miasto miało kształt miecza - atrybutu bogini.

Zwiedzanie tej najbardziej uroczej ze stolic świata ze specyficzną atmosferą azjatyckiego miasta rozpoczęliśmy od wędrówki po Placu Durbar Square. Plac Pałacowy daje pojęcie o całym bogactwie kultury i religii Nepalu. Odwiedziliśmy klasztor zwany Kumari Bahal. To tam mieszka dziecko- bogini. Kumari z Katmadndu jest jedną z najważniejszych żywych bogiń w Dolinie Katmandu. Dziewczynka - bogini wybierana jest spośród 3 lub 4 -letnich członkiń newarskiej buddyjskiej kasty. "Żywe boginie" poddawane są próbie odwagi i wytrwałości. Zamyka się je w ciemnym pokoju i pokazuje straszliwe maski demonów. Ta, która wykaże się odwagą ta zostanie Kumari.

Bogini nie może dotykać stopami ziemi dlatego też noszona jest w specjalnie zdobionej lektyce. Król Nepalu często korzysta z rad Kumari. Kumari panuje do momentu pierwszej menstruacji. Kiedy kończy się okres jej panowania dostaje ona pensję od rządu, aby mogła żyć dostatnio. Jednak mimo zabezpieczenia materialnego rzadko wychodzi za mąż , gdyż panuje przesąd , że przynosi ona przyszłemu mężowi nieszczęście.

Na Durbare Square koło Kasthamandapa - Drewnianego Pałacu tzw Maru Sattal spotkaliśmy świętego męża. Od samego rana święci mężowie chodzą po ulicach i malują kropki na czole "na znak dobrego dnia" oprócz tego obdarowują kwiatami. Oczywiście mają przy sobie małe wiadereczka na datki. Niestety niektórzy turyści nie chcą z tego skorzystać. My jednak doszliśmy do wniosku, że kropka zagwarantuje nam udany dzień.

Na Placu Pałacowym można spędzić godziny obserwując ludzi i zwiedzając ciekawe świątynie. Jedną z ciekawszych jest Świątynia Sziwy. Ozdobiona jest wyzywającymi rzeźbami erotycznymi. To nam się podobało!

Z przyjemnością wędrowaliśmy po małych i wąskich uliczkach centrum stolicy. Spacerując oglądaliśmy pięknie rzeźbione okna. Mają one niepowtarzalne kształty i zachwycają pomysłami. Na każdym bazarze można kupić kopie takich okien od miniaturki do realnej wielkości.

Życie Nepalczyków toczy się na placach i ulicach. Mieszkańcy Katmandu kąpią się i piorą przed swoimi domami - na publicznych placach - w zbiornikach wodnych. Do zbiorników tych dotrzeć jest nie trudno, gdyż są oznaczone na mapach jako historyczne kąpieliska - atrakcja turystyczna. W hinduizmie kąpiel oczyszcza nie tylko z brudu, ale i z rytualnej nieczystości. Największym zbiornikiem wodnym w Katmandu jest Ran Pokhri.

Na Hanuman Dhoka najbardziej zaciekawiła nas pięciometrowa płaskorzeźba Kali Bhairawa - bogini śmierci. Posąg bogini Kali jest kolorowy, zdecydowanie jednak przeważa kolor czarny i dlatego przedstawiona na nim bogini zwana jest Czarny Bhairawa. Przedstawiona jest ona ze swoimi atrybutami i oczywiście martwym człowiekiem. Przed tym posągiem urzędnicy dworscy składali niegdyś przysięgę lojalności, a świadkowie potwierdzali prawdziwość swoich zeznań złożonych przed sądem.

Stupa BodhnathW Dolinie Katmandu nie można się nudzić i każdy dzień można spędzić ciekawie. Warto zapewne wybrać się na górę Svayambunath. Aby dotrzeć na górę trzeba pokonać 365 schodów. Dochodząc do kas biletowych widzi się parę oczu Buddy. Oczy te są symbolem Nepalu. Wymalowane są z czterech stron stupy. Stupa Bodnath zbudowana jest na planie kwadratu z półkulą wyobrażająca ciało Buddy. Wokół kopuły biegnie balustrada z 211 młynkami modlitewnymi, na których wypisana jest mantra "Om mani padme hum" - co oznacza "Och klejnocie w kwiecie lotosu!" Młynki modlitewne mają we wewnątrz zwinięte zwoje papieru na których wypisane są modlitwy. Wyznawca modli się w ten sposób, że obraca młynkiem zgodnie ze wskazówkami zegara. Młynek modlitewny kręci się i tak zostaje odmówiona modlitwa. Jest to dość praktyczny sposób modlenia się i nie trzeba poświęcać zbyt dużo czasu. Należy jednak uważać by nie zakręcić w odwrotną stronę , gdyż w tym wypadku skasuje się modlitwę poprzednika.

W niszach stupy Bodnath znajdują się wizerunki pięciu Dhjanibhudda i zwierząt.(93)

Powracając do hotelu mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda wiec komunistycznej partii - bardzo popularnej w Nepalu.

 

Kolejnym celem naszej podróży był Patan. Wybraliśmy się do tego typowo buddyjskiego miasta na piechotę. Legenda, którą usłyszeliśmy, mówi, iż miasto to założył buddyjski władca Aśoka ze swoją córką Karumati. W mieście znajduje się aż 150 dawnych klasztorów. Już w drodze na główny plac zaciekawił nas klasztor noszący dumną nazwę Złotej Świątyni. Kilka pozłacanych posągów oraz trzy dachy świątyni głównej wykonane są z pozłacanej miedzi. W tej świątyni sprzedawca biletów , gdy dowiedział się , że jesteśmy z Polski powitał nas słowami: Dzień dobry. Jak się macie? Bardzo nas to ucieszyło. Wcześniej, gdy bywaliśmy w tych stronach nikt jeszcze nie znał ani jednego polskiego słowa. .Dumni jesteśmy, że coraz więcej Polaków wyrusza w świat. Drugim zaskoczeniem były żółwie hodowane przez mnichów buddyjskich. Żółwie uprawiały sex w każdym miejscu nie zwracając uwagi na to kto je obserwuje. Świątynia może poszczycić się pięknymi drewnianymi framugami okiennymi. Można zobaczyć wizerunki boga Akśobhij ( jedno z pięciu transcendentalnych wcieleń Buddy), a także Buddy Śakjamuni dotykającego ziemi. Pośrodku dziedzińca stoi mała świątynia ze złotym dachem. Wokół dziedzińca chodziliśmy jak zauroczeni za przewodnikiem, który odkrywał przed nami wszystkie korytarze i ołtarze z ogromnymi posągami bodhisattwy.

Największy plac Patanu jest podzielony na dwie części Durbar Square z pałacem królewskim i świątyniami oraz na Mangal Bazaar z sklepami i straganami. Zachwyciły nas świątynie zbudowane ku czci Wisznu i Kriszny. Na placu wybudowanych zostało wiele świątyń hinduskich. Władcy Mallów okazywali tolerancje buddystom. Jednak sami czcili bóstwa hinduskie i dla nich budowali świątynie. Siddhinarasimha Malla ufundował ogromną świątynię Wiszwaszara w 1627r. W przewodnikach wyczytaliśmy, że władca został tutaj przedstawiony jako jedna z dwóch postaci jadąca na słoniach. Najstarszą świątynią na Durbar Square jest Świątynia Car Narayana z 1566r. Ogromne wrażenie zrobiły na nas reliefy przedstawiające wcielenie Wisznu wyrzeźbione na podporach dachu.

 

 

Zapewne warto wybrać się do Bhaktapur. Zgodnie z legendą miasto o 12000 domów założył król Anandadew Malla. Władca ten przekazał rządy nad Katmandu i Patanem swojemu starszemu bratu Narendradewie Malli.

Niestety nie miłą niespodzianką była dla nas opłata jaką musieliśmy uiścić za wstęp do miasta. Próbowaliśmy ominąć budkę ze strażnikami , ale niestety nie udało się. Jednak po zwiedzeniu Bhaktapur nie żałowaliśmy. Idąc w stronę głównego placu natknęliśmy się na Plac Garncarzy. Byliśmy zdziwieni, że jeszcze są takie miejsca, gdzie robi się garnki i naczynia jak w średniowieczu. Właściwie to całe miasteczko niewiele zmieniło się od tego czasu. Nowe domy są rzadkością, a ruch zmotoryzowany odbywa się poza miastem.

Krętymi wąskimi uliczkami doszliśmy do Durbar Square. Tam także powiewało dawnymi czasami. Siedząc na schodach świątyni Vatsalla wydawało nam się , że przenieśliśmy się do jakiegoś czarownego bajkowego świata. Tam nic nie było z naszej cywilizacji. Architektura nepalska jest urocza. Mimo, że na placu Durbar Square każda budowla jest z innego okresu i została zbudowana w innym stylu, to wszystko współgra ze sobą i sprawia wrażenie, że architekt to zrobił z zamysłem.

Napotkaliśmy tu grupkę dzieciaków. Dzieci chciały robić z nami zdjęcia wszędzie tam gdzie ustawialiśmy się aby uwiecznić te chwile. Dzieciaki biegając wokół nas wykrzykiwały: ” one rupia , one rupia”. Jednak my nie wzbogaciliśmy ich kieszeni ani o jedną rupie. Wiedzieliśmy, że obdarowując jedno dziecko trzeba liczyć się z tym, że za moment zjawi się cała rzesza proszących.

Głód dający się we znaki zmusił nas do opuszczenia placu Udaliśmy się na Taumadhi Square. Tu jednak zapomnieliśmy o głodzie. Stanęliśmy jak zaczarowani, gdy zobaczyliśmy dwie wielkie świątynie: Nyatapoli i Bhairawy.

Widok ze Świątyni Nyatapoli na plac Taumadhi

Wokół placu można podziwiać także dawne newarskie rezydencje. Świątynia Nyatapoli jest największą budowlą sakralną w Bhaktapur. Pięcioczęściowy dach pagody ma wysokoś ponad 30m. Świątynie wzniósł w 1703r król Bhupatinar Malla. Chciał on aby budowla przewyższała świątynie Taledźu w Katmandu. My postanowiliśmy wdrapać się na sam szczyt - niestety mogliśmy zobaczyć świątynie tylko z zewnątrz, bowiem do sanktuarium mają wstęp tylko kapłani. Jak wiemy z przewodnika można stąd podziwiać Himalaje. My nie mieliśmy takiego szczęścia, bo przybyliśmy do Nepalu w sierpniu , gdy “panował” monsun i góry były zakryte chmurami.

Po bokach schodów do świątyni Nyatapoli są ozdobne, stojące parami ogromne posągi. Pierwsza para to legendarni zapaśnicy o sile dziesięciokrotnie przewyższającej siłę człowieka, następną para są lwy , potem słonie i mityczne gryfy o lwich łapach , na samym szczycie zostały umieszczone tantryczne boginie. Wrażenia jaki wywołują schody - ciągnące się prawie do nieba - z ogromnymi posągami nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.

Po zakupie kilku pamiątek wybraliśmy restaurację z balkonem, z którego mogliśmy podziwiać plac oczekując długo na zamówione nepalskie dania.

Nepalska ulica

Po kilku dniach pobytu w Nepalu przyzwyczailiśmy się do długiego oczekiwania na posiłki.

Będąc w Katmandu mieliśmy wielkie szczęście, gdyż zaprosił nas jeden z handlowców do siebie na kolację. Jeżdżąc po świecie staramy się poznać zwyczaje, kulturę mieszkańców kraju, w którym akurat jesteśmy. Dzięki tej wizycie mogliśmy poznać zapatrywanie naszego gospodarza na politykę prowadzoną przez rząd, na uwarunkowania rozwoju ekonomicznego Nepalu itp. Zanim siedliśmy, aby degustować potrawy, obejrzeliśmy w telewizji film pakistański na który cała rodzina zbiegła do pokoju gościnnego. Film ten był dla nich niczym dla nas słynna "Dynastia". Potem dwóch synów przyniosło dywan na dywanie rozłożono serwetę, a dopiero na tym zaczęto ustawić talerze z potrawami zarówno mięsnymi jak i wegetariańskimi. Nie podano nam sztućców więc oczekiwaliśmy na pierwszy ruch gospodarza. On jadł prawą ręką. Musieliśmy na to uważać, gdyż Nepalczycy nie jedzą lewą ręką, bo twierdzą, iż jest ona nieczysta. Spróbowaliśmy potraw przyrządzonych przez panią domu (a nie w knajpie pod gusta turystów tzn. niezbyt pikantne). Okazało się , że potrawy były bardzo, bardzo ostre, czyli takie jakie lubią Nepalczycy. Po pierwszym kęsie z przerażeniem w oczach zaczęliśmy szukać na dywanie butelki z wodą. Gospodarz szybko zorientował się, że szukamy wody i kazał podać dwu litrową butelkę wody mineralnej. Można rzec, że to uratowało nam życie! Potem dostrzegliśmy jogurt który łagodzi ostre potrawy. Spróbowaliśmy także dalu. Jest to coś w rodzaju zupy z soczewicy. Tradycyjnie podawany do każdego z dań nepalskich. Jedliśmy także tarkaari - są to duszone warzywa np. ziemniaki. Gospodarz podał na każdym talerzu inny rodzaj mięsa, mimo , że były one doprawione po nepalsku, to jednak nam smakowały. Dania te można było jeść też z chapatami , czyli pieczywem w rodzaju podpłomyków.

Po posiłku spojrzeliśmy na nasze dłonie miały kolor żółtawy - to od popularnych przypraw: szafranu i kurkumy. Więc na koniec odbyło się "rytualne" mycie rok. Gospodarz z dzbana polewał nam wodę nad misą. Dokładnie umyliśmy się dopiero w hotelu.

Chętnie powrócilibyśmy do tych pięknych miast z cudownymi świątyniami i uroczymi uliczkami i fascynującymi drewnianymi budowlami. Do mieszkańców tego małego , ale jakże pięknego kraju , gdzie wszyscy pozdrawiają się krótkim słowem - "Namaste".

 

Przejścia na strony: