MALEZJA
Malezja nie była celem naszej podróży, a jedynie krajem tranzytowym. Przejeżdżaliśmy przez nią dwukrotnie, raz w drodze z Tajlandii do Indonezji, a drugi raz podczas naszego powrotu. I choć Malezję zwiedziliśmy niejako przy okazji, urzekła nas swym pięknem i serdecznością mieszkańców. Do Malezji najtaniej można się dostać właśnie przez Tajlandie. Bilet lotniczy do Bangkoku i z powrotem z Warszawy można zdobyć już od ok. 500 - 550USD. (choć należy dobrze poszukać w ofertach różnych linii lotniczych). Z Tajlandii do Malezji można zaś dostać się autobusem lub (nieco drożej) pociągiem.
Nam udało się znaleźć w Bangkoku bardzo tanią linię autobusową oferującą przejazdy do wszystkich ważniejszych miast Tajlandii i Malezji w cenie o ok. 30 % niższej od konkurencji. Kupiliśmy bilety do Penangu w Malezji (zapłaciliśmy 17 USD wobec 25 USD będących standartową opłatą na tej trasie) i następnego dnia wyruszyliśmy w podróż. Okazało się, że niska cena przejazdu wynikała z faktu, że nasza linia autobusowa była właściwie federacją lokalnych przewoźników. Jedynie pierwszą część podróży odbyliśmy w autokarze. Po kilku godzinach jazdy czekała nas przesiadka do ...... minibusu. Po 3-4 h kolejna przesiadka i kolejny minibus. I tak kilka razy. Trzeba przyznać, iż wszystko było perfekcyjnie zorganizowane. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, czekało na nas kilka minibusów jadących w różnych kierunkach. Do tych minibusów przesiadali się, zgodnie z kierunkiem swojej jazdy, turyści. Jeżeli minibus zapełnił się od razu turystami, niezwłocznie ruszał w trasę, jeżeli nie, podjeżdżał do lokalnego przystanku, gdzie wsiadali miejscowi, i dopiero potem wyruszał. Plusem tego sposobu podróżowania była niska cena, minusem: niewątpliwie nie najwyższy komfort podróżowania. Oczywiście w Bangkoku nikt nie informuje o tym, że podróż odbywać się będzie w minibusach, co więcej, pracownicy biura podróży chwalą się luksusowym autobusem.(Co jest prawdą tylko do pierwszego odcinka podróży). Dlatego, drogi Czytelniku, jeżeli będziesz się wybierał z Bangkoku do Malezji, upewnij się dobrze, czym będziesz podróżował, zanim kupisz bilet.
Po 3-4 przesiadkach dotarliśmy wreszcie do granicy. Odprawa przebiegła szybko i w miarę sprawnie. Warto dodać, że obywatele Polski nie potrzebują wizy, by wjechać do Malezji. Po Malezyjskiej stronie czekały nas jeszcze 2 przesiadki, i wreszcie wieczorem, po 30 h od wyjazdu z Bangkoku dotarliśmy do Penangu. Miasto Penang położone jest na wyspie, 2 km od lądu stałego (ostatnią część podróży odbyliśmy promem). Informacje o mieście
Znaleźliśmy dość tani i ładny hotel i zmęczeni położyliśmy się spać. Następnego dnia rano kupiliśmy w porcie bilety na wodolot do Medanu na Sumatrze w Indonezji. Mieliśmy płynąć za 2 dni, mieliśmy więc nieco czasu by zwiedzić miasto i wyspę. Pierwszego dnia, jeszcze zmęczeni dopiero co odbyta podróżą, zwiedzaliśmy miasto. Podziwialiśmy małe, urocze świątynki hinduskie i chińskie. Zwracało uwagę zgrabne połączenie starych domków i świątyń z nowoczesnymi wieżowcami i oszklonymi budynkami. Wszystko było tak wkomponowane , że nie czuło się kontrastów.
Kolejnego dnia udaliśmy się do największej na wyspie świątyni Kek Lok Si. Jest położona ona na wzgórzu na obrzeżach miasta. W okolice świątyni można dostać się autobusem miejskim. Już z podnóży góry widać wspaniałe wieże świątyni. Droga wiodąca na górę biegnie przez ...bazar. Po obu stronach drogi, która na większym odcinku jest nawet zadaszona, stoją liczne stragany, w których można kupić prawie wszystko, a szczególnie pamiątki. Ceny są tu oczywiście wyższe niż w mieście. Po drodze mijamy też małą świątyńkę z basenem pełnym żółwi. Gdy wreszcie dotrzemy na górę olśniewa nas wspaniała, bajeczna kolorystyka świątyni. Kolorystyka, która w Europie byłaby uznana za kiczowatą, tutaj po prostu pasuje do tego miejsca. Kek Lok Si jest największą buddyjską świątynią w Malezji. Jej budowę rozpoczęto w 1890r. i ukończono dopiero po 20 latach.
Z zainteresowaniem zwiedzamy kilka kompleksów świątyni, podziwiamy wielkie posągi Buddy, a w końcu wspinamy się na 30-metrową wieżę z której rozciąga się wspaniały widok na całą okolicę. Ciekawostką owej wieży jest fakt, że jej wierzchołek został zbudowany w stylu birmańskim, środek w stylu tajskim a dolne kondygnacje w stylu chińskim. Świątynia jest cały czas żywa: kręcą się po niej buddyjscy mnisi, odprawiane są obrzędy a pielgrzymi przynoszą dary.
Po zwiedzeniu Kek Lok Si udaliśmy się do drugiej słynnej świątyni w Penangu : do Snake Tample , czyli świątyni węży. Do tej położonej 15km za miastem świątyni docieramy także autobusem miejskim. Główną atrakcją świątyni są, a jakże by inaczej, węże. W hinduizmie czczenie zwierząt nie jest niczym niezwykłym. Już dwa lata wcześniej, podczas pobytu w Indiach, zwiedziliśmy świątynie poświęconą szczurom (to szczur jest przecież wierzchowcem Ganesha- jednego z bardziej czczonych bogów hinduizmu) i świątynie małp (małpy z kolei pomogły Ramie w uwolnieniu uwięzionej na Cejlonie małżonki).
W świątyni węży są węże, i to w dodatku jadowite. Podczas zwiedzania nie jest się od nich niczym oddzielonym. Ot, po prostu leżą na kamieniu czy oplatają jakiś posąg na wyciągnięcie ręki od turystów. Gdyby ktoś chciał, mógłby je pogłaskać - pytanie tylko po co? Węże są dobrze odżywione i przyzwyczajone do stałej obecności ludzi, a więc podobno nie są groźne. W jednej z komnat świątyni Malaj z obsługi świątyni proponuje zdjęcia z wężem (oczywiście za dodatkową opłatą).
- "Można go sobie owinąć na szyi, trzymać w rękach, nie ugryzie" - zachęca.
Warto skorzystać - ciekawe przeżycie.
Następnego ranka opuszczaliśmy Penang. Wsiedliśmy do wodolotu i odpłynęliśmy na Sumatrę. Do Malezji wróciliśmy miesiąc później. Tym razem wjechaliśmy do tego kraju z Singapuru, dokąd przylecieliśmy samolotem z Jakarty. Tym razem mieliśmy spędzić w Mależji 10 dni. Najpierw pojechaliśmy do Melaki. Historia Melaki jest niezwykle barwna i skomplikowana. Miasto to było stolicą potężnego sułtanatu muzułmańskiego, z którego islam rozprzestrzeniał się na cały Półwysep Malajski i dzisiejszą Indonezję. W 1405r. Melaka musiała się wprawdzie na krótko podporządkować cesarzom chińskim, po tym jak do miasta dopłynęła wielka flota pod wodzą admirała Cheng Ho. Wkrótce jednak chińczycy przestali się interesować wszystkim tym, co działo się poza ich państwem, a nowy cesarz nakazał spalić flotę. Kres potędze Melaki położyli Europejczycy. W 1511r. miasto zostało zdobyte przez Portugalczyków pod wodzą Alfonso dAlbuquerque. Przez ponad 100 lat Melaka była główną kolonią Portugalską w Azji Południowo - Wschodniej. W 1641r. miasto zajęli Holendrzy, którzy w 1824r. przekazali je Anglikom. W czasie II wojny światowej Melakę okupowali Japończycy, a po wojnie, to właśnie w tym mieście ogłoszono niepodległość Malezji.
Zwiedziliśmy pozostałości po Portugalczykach: położony na wzgórzu stary fort z dobrze zachowaną bramą de Santiago i rujny kościoła św Pawła z 1571r. Warty zwiedzenia jest także zbudowany w 1753r. przez Holendrów różowy kościół Chrystusa. Bardzo ciekawe były również znajdujące się na starym mieście chińskie świątynie. Długo spacerowaliśmy wąskimi uliczkami tego Melaki, napawając oczy wciąż to nowymi wspaniałościami.
Po dwudniowym pobycie w Melace pojechaliśmy do Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Spędziliśmy tam cały dzień. Najpierw udaliśmy się do ambasady polskiej, chcieliśmy bowiem uzyskać informacje o sytuacji w kraju - był to czas wielkich powodzi. Pół godziny rozmawialiśmy z miłym urzędnikiem ambasady, otrzymaliśmy polskie gazety w prezencie, a następnie poszliśmy zwiedzać miasto. To , co od razu zauważa się będąc w Kuala Lumpur to wielkie wieżowce, drapacze chmur. To tutaj właśnie znajdują się słynne Petronas Tawer , dwa bliźniacze, najwyższe budynki na świecie. To, co zwraca uwagę w malezyjskich wieżowcach, to ich stylistyka. Nie są one zwykłymi pudełkami, każdy z nich jest inny, posiada jakiś ciekawy wyróżnik: wielki spadzisty dach w stylu malajskim, olbrzymie kolumny podtrzymujące strop, przypominające rzymską świątynię itd.
Kuala Lumpur (co w języku malajskim oznacza: Zbieg mulistych rzek) nie jest miastem starym. Zostało ono założone w 1860r. przez chińskich robotników poszukujących cyny. W miejscu założenia miasta znajduje się Meczet Jame, zbudowany w 1907r. Od tego właśnie miejsca rozpoczęliśmy zwiedzanie stolicy Malezji. Następnie udaliśmy się pod ratusz, ze słynną 48-m. wieżą zegarową. Podczas pobytu w Kuala Lumpur z pewnością warto się tam udać- jest piękny. Warto też zobaczyć, ze względu na wielkość, olbrzymi Meczet Narodowy Sam meczet nie jest najciekawszy, wydaje się jakby tu budowniczowie przesadzili chcąc wybudować świątynię w nowoczesnym stylu, w rezultacie czego powstało skupisko betonowych pudełek. Warto jednak odnotować, że wieża minaretu wznosi się aż na 73 metry. Śliczne są natomiast znajdujące się nieopodal chińska świątynia Chan See Shu Yuen z 1906r. i zbudowana w 1873r. świątynia hinduistyczna Sri Mahamariamman.
Wieczorem, zmęczeni po całym dniu zwiedzania miasta, wsiedliśmy do autobusu, który zawieść nas miał na wybrzeże morza Południowo- Chińskiego. Spędziliśmy tam dwa dni urocze dni oddając się beztroskiemu wypoczynkowi. Następnie wybraliśmy się na 2-dniową wycieczkę do Rantau Abang . Znajduje się tam jedna z 7 plaż na świecie, na których olbrzymie żółwie morskie składają jaja.
Po przybyciu na miejsce wynajęliśmy domek kempingowy w jednym z dwóch ośrodków. Sama miejscowość jest w zasadzie wyjątkową dziurą. Oprócz dwóch wspomnianych ośrodków domków kempingowych (dość tanich) , może czterech raczej podłych restauracyjek i 10 domów nie ma nic. Aha, jest jeszcze muzeum poświęcone żółwią morskim, do którego warto się wybrać.
Plaża jest dość ładna, i miejsce to stanowi dobrą bazę do kąpieli i wylegiwania się na piasku. Jeżeli zaś chodzi o żółwie... My byliśmy w Rantau Abang w sierpniu, a więc w najlepszym miesiącu do obserwowania żółwi. Niestety, mimo tego, że większość nocy spędziliśmy na plaży, nie dane nam było natknąć się na żółwia. Rozczarowani, wróciliśmy do campingu. Musieliśmy zdecydować, czy zostać tu na jeszcze jedną noc, czy wyjeżdżać do Tajlandii. Ponieważ nie mieliśmy żadnej gwarancji na zobaczenie żółwi, zdecydowaliśmy się jechać. Zbliżał się czas powrotu do kraju, a my chcieliśmy jeszcze zwiedzić północną Tajlandję. Wsiedliśmy więc do autobusu i po paru godzinach dotarliśmy do granicy. Po formalnościach granicznych wsiedliśmy do łódki i przepłynęliśmy na drugą stronę granicznej rzeki. I tak zakończyła się nasza malezyjska przygoda.
Joanna i Artur Morawiec
Przejścia na strony: