JORDANIA

 

Zwiedzanie Jordanii rozpoczęliśmy od granicy Egipskiej. Dlaczego? Wyprawa nasza miała przebiegać lądem z Polski do Egiptu. Jednak w Damaszku napotkaliśmy kłopoty związane z załatwieniem wizy. Okazało się bowiem, że aby dostać wizę Królestwa Jordanii należy złożyć podanie i czekać 6 tygodni na wizę - dotyczyło to tylko Polaków. To się nazywa szczęście!! Oczekiwanie sześciotygodniowe nie wchodziło w grę. Nie mogliśmy przecież połowy naszych wakacji zmarnować na czekanie na jordańską wizę. Właściciel hotelu , w którym zatrzymaliśmy się, był bardzo zdziwiony, gdyż dwa tygodnie wcześniej inna grupa Polaków dostała wizy “od ręki”. Postanowiliśmy polecieć do Kairu i spróbować w Ambasadzie Królestwa Jordanii w Kairze uzyskać wizę. Byliśmy przekonani, że tam szczęście nam dopisze i szybko uzyskamy wizy.

Tak się jednak nie stało. Złożyliśmy wnioski, a urzędnik grzecznie i spokojnie poinformował, że musimy czekać dwa tygodnie. Dodał, że wtedy coś już powinien wiedzieć. Ruszyliśmy zwiedzać Egipt. Po 2 tygodniach stanęliśmy zwartą grupą w Ambasadzie - okazało się, że nic nie zmieniło się w naszej sprawie. Urzędnik powiedział:

-Wnioski wasze czekają na rozpatrzenie. Musicie czekać.- pożegnał nas oschle.

W końcu po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że wizy czekają. Tak więc, gdy zwiedzanie Egiptu dobiegło końca ruszyliśmy na “podbój” Jordanii. Kupiliśmy bilet na prom z Nuweiby do Aqaby - najtańszy tj. bez kajut. Koło promu był duży tłum ludzi. Każdy z pasażerów trzymając w ręce tobołek spieszył się aby zająć najlepsze miejsce na promie. Dla tych, którym nie wystarczyło miejsca na ławkach rozkładali się na podłodze. Po wytyczeniu własnego terytorium albo zaczynali jeść albo zasypiali.

My mieliśmy to szczęście , że zaprosił nas do swojej kajuty lekarz - oficer. Był bardzo miły i gościnny. Podobnie jak jego pielęgniarka z Sri Lanki. Przynieśli nam mnóstwo jadła i napojów. Kajuta lekarza i gabinet były z klimatyzacją. Co w tamtejszym klimacie ma duże znaczenie. Nie chciało nam się opuszczać promu. Jednak nie mogliśmy wracać do Egiptu.

Po odprawie wyszliśmy z budynku celnego i tam dopadło nas kilku taksówkarzy Przekrzykując się oferowali nam swoje usługi. Targowaliśmy się twardo i długo, aż został tylko jeden zdesperowany taksówkarz, który mimo, że zapewniał nas, że straci na tym kursie zawiózł nas do centrum miasta. Centrum Aqaby było puste. Był to czas zamieszek, wtedy to jordańczycy wyszli na ulice “po chleb”.

Hotelu szukaliśmy przez dłuższy czas, aby wybrać jak najtańszy, ale nie najgorszy. A niestety hotele są drogie jak wszystko w Jordanii. Wybraliśmy w końcu hotelik prowadzony przez arabską rodzinę. Senior rodu siedział całe dnie przy wyjściu z hotelu przy butelce ulubionego alkoholu -Araku i popijał sobie cały dzien. Może dlatego zawsze się do nas uśmiechał i wyglądał na szczęśliwego człowieka. Członkowie rodziny byli bardzo serdeczni i służyli zawsze swoją pomocą. Gdy wracaliśmy z miasta Senior rodu zawsze pytał nas czy ktoś nas nie oszukał w sklepie, był gotowy walczyć o nasze stracone pieniądze. Akaba to miasto, w którym stykają się cztery państwa Jordania, Egipt, Izrael i Arabia Saudyjska. Można tu zostać nawet kilka dni. Można popływać, chociaż wzbudza to sensację wśród miejscowej ludności. Ponadto można wynająć łódkę ze szklanym dnem i obserwować rafę koralową.

Z Akaby można pojechać albo do Wadi Rum albo Petry. Na pewno warto , a wręcz trzeba pojechać do Petry. Bilet wstępu do kompleksu ruin Petry kosztuje ok. 40 $. Jednak nam udało się nie zapłacić...

Jeszcze będąc w Aleppo spotkaliśmy grupę Polaków, od której dostaliśmy mapę odręcznie narysowaną i wskazówki do niej jak można wejść na teren kompleksu nie płacąc ani centa. Oczywiście skorzystaliśmy z mapy. Plecaki zostawiliśmy w knajpce niedaleko wejścia. Wiedzieliśmy, że przed bramą wejściową należy skręcić w prawo. Tak też zrobiliśmy. Droga prowadziła pod górę - zgodnie ze wskazówkami Polaków. Napotkani ludzie dziwienie patrzyli się na nas- przecież każdy wiedział , gdzie jest brama wejściowa i że oprócz ruin miasta Nabatejczyków nie ma tu nic ciekawego.

Gdy zobaczyliśmy dziwne formy skalne zeszliśmy w dół do wąwozu. Jednak nie byliśmy pewni czy mapa jest dobra i czy idziemy dobrą drogą. Z minuty na minutę byliśmy mniej pewni. Tym bardziej, że w wąwozie nie mogliśmy znaleźć żadnego przejścia. Przez dwie godziny wspinaliśmy się na skały Podarliśmy nasze podkoszulki, bo przedzieraliśmy się przez krzaki gęsto rosnące. Schodząc z jednej ze stromych ścian spadła nam torba. Najpierw z przeraziliśmy się , że to kamera spadła , ale gdy spojrzeliśmy w dół okazało się, że to torba z wodą. Trudno lepiej, że była to woda. Chociaż zależało nam na wodzie, bo przed nami jeszcze długie poszukiwania tajnego przejścia do ruin. Czuliśmy się jak poszukiwacze skarbów, a może jak legendarni odkrywcy, którzy znali opowieści o bogactwie zapomnianej Petry - jednak nie znali dokładnie tajnego przejścia. Jednym z nich był badacz szwajcarski Johan Ludwig Burckhardt, który to odkrył Petrę w 1812r. Badacz ten mówiący płynnie po arabsku przebrał się w strój muzułmanina Udało mu się przekonać miejscowego przewodnika, ze chciałby złożyć w ofierze kozę w grobowcu i pragnie się pomodlić przy grobie Aarona. Przewodnik poprowadził badacza parowem Siq. Ma on dlugosci prawie 2 km i g1ębokosci 100 m Obecnie parowem Siq zwiedzający dostają się do ruin Petry. Pomysłowy Johan Ludwig Burckhardt dotarł do miejsca, gdzie biblijny praojciec Mojżesz uderzeniem laski wydobył wody ze skały, kiedy prowadził naród żydowski z egipskiej niewoli do Ziemi Obiecanej.

Cóż my przejścia do Petry nie mogliśmy znaleźć. Ta mgiełka tajemniczości czyniła ten efektowny zabytek jeszcze bardziej fascynującym. Zadawaliśmy sobie pytanie czy dotrzemy do niego tą drogą. Dopiero ok. godziny 15.00 znaleźliśmy dobrą drogę. Okazało się, że po zejściu w dół do wąwozu wystarczyło obejść górę i już było widać pierwsze zabytki Petry. Nie mogliśmy w to uwierzyć, że to takie proste. Przecież to miała być “secret way”.

Kiedy doszliśmy do miejsca, gdzie zobaczyliśmy zabytkowe budowle wykute w skale i dobrze zachowane, stanęliśmy oniemieli. W zachodzącym słońcu pięknie było widać ogromne wejścia do budowli, które mieniły się kolorami tęczy. Ruszyliśmy przed siebie - przecież to co widzieliśmy to była zapomniana i nieodwiedzana przez turystów cześć kompleksu Petry. Przyspieszyliśmy, aby jak najszybciej ucieszyć oczy widokiem reszty zabytkowych budowli Nabatejczyków. Patrząc na budowle wzniesione przez Nabatejczyków mogliśmy z łatwością odtworzyć w wyobraźni ówczesną potęgę i bogactwo Petry. To w VI wieku pne koczownicze plemię Nabatejczyków opanowało dolinę skalną między AL-Akaba i Morzem Martwym, po stronie wschodniej Wadi al Araba w Jordanii. W VI wieku p.n.e. koczownicze plemię Nabatejczyk6w opanowało dolinę Uzyskanie kontroli nad szlakami handlowymi przyniosło Nabatejczykom potęgę i bogactw

Najsłynniejszy zabytek Petry to Skarbiec ( el-Kasne) z fasadą 27-metrowej szerokości i 40-metrowej wysokości Budynek jest bardziej klasyczny niż nabatejski z sześcioma kolumnami, niskim frontonie i attyce na której stoją trzy barokowe nadstawki. Na środkowej zauważyliśmy ślady strzałów, podobno strzelano do urn w nadziei na zdobycie legendarnego ,,skarbu faraona".

Dolina za Skarbcem ukazuje liczne grobowce skalne wykute w bladoróżowym piaskowcu. Teraz już wiadomo, ze pierwotnie Petra nie była różowa Zapewne to działanie naturalnych czynników tak ją odmieniło. Dawniej budowle były zdobione sztukateriami. Mimo wszystko wrażenie, jakie robi zespół zabytkowy Petra, musiało być w każdej epoce równie oszałamiające. A może coś straciliśmy? Grobowce robią ogromne wrażenie Niektóre grobowce mają kształt klasyczny, inne zaś charakterystyczne zdobienia nabatejskie ale i egipskie a nawet i asyryjskie. Szczególnie piękne są zdobione fasady. Komnaty natomiast są całkowicie pozbawione ozdób.

W 106 roku n.e. Petra stała się częścią Imperium Rzymskiego, a wtedy, wybudowano: forum, termy, oraz teatr . Są on w stylu rzymskim. Zadziwił nas teatr, wykuty w rózano-czerwona- łososiowej skale. Teatr ten mieścił 4000 widzów.

Kiedy wróciliśmy po plecaki było już ciemno. Ponad to okazało się , że nie ma już autobusów tego dnia. Początkowo byliśmy załamani, ale dzięki gościnności gospodarza szybko zapomnieliśmy o problemach. Gospodarz restauracji, gdy dowiedział się , że jesteśmy Polakami rozpromieniał Od razu przełączył na polski program w TV. Chwalił z wielkim entuzjazmem nocne programy polskie. Chciał abyśmy czuli się jak najlepiej w jego mieście, więc gdy już nie mogliśmy jeść u niego, zaprosił nas do najdroższej kawiarni na wino. Dzięki niemu spróbowaliśmy jordańskiej kawy z kardamonem. Oczywiście zaprosił nas do domu na noc, dzięki temu zaoszczędziliśmy wiele pieniędzy i długo będziemy pamiętać pobyt w Petrze.

Z Petry udaliśmy się do stolicy Jordanii. Pomimo, że spodziewaliśmy wysokich cen okazało się , że znaleźliśmy tani hotelik prowadzony przez przemiłego muzułmanina. Ceny były porównywalne z cenami w innych miastach Królestwa. W Ammanie zwiedziliśmy teatr rzymski mieszczący 6000 ludzi. Teatr wybudowany został w 2 wieku ne przez Antoniusa Piusa. Zapewne warto zobaczyć też cytadelę. Oczywiście wybraliśmy się do meczetu Króla Husaina.

Ammnan nie jest stolicą, której należy poświęcić dużo czasu na zwiedzanie, tak więc potraktowaliśmy ją jako bazę do naszych wypadów. Postanowiliśmy zwiedzić miasto Jerash - będącego główną atrakcją królestwa oprócz Petry i Wadi Rum. Zwiedziliśmy ruiny tego rzymskie miasta zwanego Pompeją Bliskiego Wschodu. Ruiny miasta rzymskiego są wplecione w targ i bloki miasta. Mogliśmy tu podziwiać świątynię poświęconą Zeusowi czy też dobrze zachowaną świątynie Artemidy. Artemida była patronką miasta. W Jerash można obejrzeć katedrę bizantyjską, kościoły świętego Jerzego i Jana, oraz łaźnie. Zatrzymaliśmy się dłużej przy teatrze południowy wybudowanym na 5000 miejsc. Z miejsc na ostatnim poziomie teatru podziwialiśmy cały kompleks ruin miasta rzymskiego.

Następnego dnia pojechaliśmy do Adjun. Z Ammanu wiedzie piękna trasa widokowa do tego miasta. Przemierzając kolejną serpentynę dotarliśmy do Adjun. Z miasta było widać wzgórze, na którego szczycie Arabowie wybudowali niegdyś zamek Qala’ at ar- Rabad. Zamek jest przykładem islamskiej architektury wojennej. Warto się tam wdrapać po pierwsze ze względu na uroczy zamek po drugie z zamku można podziwiać górzystą prześliczną okolicę. Zainteresował nas także meczet z minaretem wybudowanym 600 lat temu.

Oczywiście będąc w Jordanii nie można odmówić sobie popływania w Morzu Martwym. Dokonaliśmy tego i my. Zabawa w Morzu Martwym byłaby wspaniała, gdyby nie było ono takie słone. Teraz doceniamy nasz Bałtyk. Nazwa morza wzięła się stąd, że przez tak silne zasolenie ( 33% soli) nie jest możliwe życie zwierząt czy roślin.

 

Przejścia na strony: