Insza allah
To miały być ekscytujące wakacje. Wraz z dwójką przyjaciół miałam dotrzeć drogą lądową z Polski do Indii. Wyznaczyliśmy trasę : z Katowic do Stambułu, ze Stambułu do Teheranu, a stamtąd przez Pakistan do Indii. Droga powrotna wyglądała podobnie. Na naszej drodze leżał Iran, kraj, który jawił się jako kraj rewolucji islamskiej, kraj Chomeiniego i fanatycznych wyznawców islamu, a przez to egzotyczny i interesujący.
Dla mnie jako kobiety był to przede wszystkim kraj nierówności płci. Wiedziałam, że zgodnie z tym co mówi Koran kobieta jest podporządkowana woli mężczyzny - początkowo ojca, a później męża. Ponadto przed wyjazdem często zastanawiałam się dlaczego kobiety mieszkające tam nie próbują przeciwstawić się rygorom narzuconym im po Rewolucji Islamskiej. Myślałam o tym- mimo tego, że wiedziałam, że strażnik rewolucji może wymierzyć bardzo surową karę za niewielkie przewinienie, a także za zachowanie uznawane w Polsce za normalne np. zabronione jest w Iranie trzymanie się za ręce parze zakochanych. Byłam bardzo ciekawa czy rzeczywistość potwierdzi moje wyobrażenia?
Przed wyjazdem ja i moi towarzysze wyprawy dużo czytaliśmy i zdobywaliśmy informacje o Iranie od innych globtroterów. Niestety niewielu Polaków odwiedziło ten kraj, tak więc i informacje nie były pewne. Powodem były trudności w uzyskaniu wizy, bo przecież Iran był zamknięty na wpływy imperialistycznych krajów i ich mieszkańców. Poza tym turyści niechętnie odwiedzali ten kraj ze względu na obowiązujące tu prawo oparte na Koranie. Informacje, które zdobyliśmy nie były zbyt optymistyczne. Dowiedzieliśmy się, m in., że nie wolno wwozić alkoholu nawet spirytusu salicylowego, gdyż jest za to jedna kara - śmierć. Okazało się, że w Iranie ubiór jest bardzo ważny. Mężczyźni muszą ubierać spodnie długie, co w temperaturze ok. 50 stopni jest niewyobrażalnym poświęceniem. Turystki natomiast zakładać muszą długą sukienkę, buty, rajstopy lub skarpetki oraz chustę. Wiedzieliśmy, że musimy mieć odpowiedni strój, ponieważ jako goście w ich kraju powinniśmy przestrzegać zasad obowiązujących na tej ziemi. Nie chcieliśmy nikogo urazić naszym ubiorem czy zachowaniem. Wiele kobiet, zwłaszcza Japonek nosiło spodnie, za co były ganione przez Irańczyków. Mnie natomiast chwalili za odpowiedni ubiór, czyli długą sukienkę nie przezroczystą, ale z bawełny i dlatego przewiewną. Niestety, musiałam chustą opatulać dokładnie głowę i szyję. Wiedziałam, że kobieta może być ukarana za zły ubiór przez strażników rewolucji islamskiej. Nie byłam nigdy ukarana, ale bez zwracania uwagi się nie obeszło. Kilka razy strażnicy rewolucji mówili do mnie, z wymierzoną we mnie lufą karabinu: abym naciągnęła chustę i zasłoniła wszystkie włosy. Natomiast pewnego dnia, kiedy załatwialiśmy przedłużenie wizy w emigration office strażnik nie pozwolił mi wejść do środka biura aby załatwić formalności, gdyż na stopach miałam jedynie obuwie z paseczków skórzanych bez skarpetek lub grubych rajtuzów. Niestety zostałam przed budynkiem oczekując na werdykt.
Patrząc na kobiety irańskie byłam szczęśliwa, że nie musiałam jak one nosić grubych ubrań, mimo, że musiałam ubierać długą sukienkę i opatulać się dokładnie i szczelnie chustą. Iranki nie miały aż takiego komfortu. Niektóre nosiły czadory, czyli ubranie muzułmanki osłaniające całą postać, z otworami na oczy. Inne ubierały kwefy obligatoryjnie z czarnego materiału, przykrywające im zarówno głowę jak i stopy. Pod tą długą chustą miały swetry, długie spódnice i wełniane rajtuzy. Najbardziej postępowe kobiety zakładały jako okrycie wierzchnie popelinowe płaszcze i oczywiście chusty. Należy w tym miejscu wspomnieć, że Iran to kraj pustynny, gdzie temperatura sięga 50 stopni C. Nie wiem jak w tej temperaturze mogły wytrzymać w takim odzieniu ?
***
Z Istambułu do Teheranu jechaliśmy irańskim autobusem przez 56 godzin. Ok 30 km przed granicą turecko - irańską poczuliśmy niepokój. Irańczycy kończyli ostatnie puszki piwa, gdyż picie alkoholu w kraju rewolucji islamskie jest zabronione. Kobiety, które jeszcze się nie przebrały zakładały nerwowo czadory lub kwefy. Do nas podszedł kierowca i pytał czy mamy zamiar zmienić garderobę na bardziej stosowną. Poinstruował nas, że kobiety muszą nosić zasłonięte nieprzyzwoite części ciała, czyli mogą pokazać oczy i dłonie. Nerwowa atmosfera irańskich handlarzy udzieliła się i nam. Szybko przebraliśmy się.
Stojąc już w kolejce na granicy obserwowaliśmy wystrój przejścia granicznego: portrety Chomeiniego i Rafsandżaniego, grube drzwi oddzielające Turcje od Iranu, oraz małe biuro turystyczne. Udaliśmy się do tego biura. Pracownik od razu zrobił nam herbatę. Opowiadał nam łamaną angielszczyzną co można zobaczyć w Iranie. W pewnym momencie weszło do biura trzech pasażerów i zaprosiło nas do siebie do domu w Teheranie. Mówili, że to będzie zaszczyt gościć nas u siebie w domu. Ucieszyliśmy się bardzo, bo jest największym marzeniem każdego globtrotera to , że może poznać kulturę i zwyczaje odwiedzanego kraju. Byliśmy zadowoleni, że będziemy mogli zobaczyć jak mieszka rodzina irańska, jaka jest rola kobiety w domu, itp. Nagle nasze rozmyślania przerwał pracownik biura krzycząc, że jest to niemożliwe. Tłumaczył, że zgodnie z przepisami nie wolno zapraszać do domu żadnego obcokrajowca. Wypytywał skąd taki pomysł. Wystraszeni Irańczycy szybko opuścili pomieszczenie i już niestety potem nam tego nie zaproponowali.
Czekaliśmy na odprawę aż 7 godzin. Śpiący i zmęczeni pilnowaliśmy własnych bagaży. Przypominaliśmy sobie rady udzielane nam w Polsce: nie dyskutować z celnikami i przypomnieć, aby celnicy wpisali do paszportu numer kamery, ponieważ przy wyjeździe sprawdzają czy numer kamery zgadza się z wpisanym w paszporcie. Tak więc można mieć dodatkowe problemy, ponieważ celnik może uznać, iż kamera została nabyta w Iranie i może kazać zapłacić cło. Stosując się do rad szukaliśmy urzędnika, który podjąłby się wpisania numeru kamery do paszportu, ale nikogo kompetentnego nie znaleźliśmy. Na szczęście kamera wróciła z nami do Polski i służyła nam w następnych podróżach. Wiedzieliśmy, że niewielu Polaków odwiedzało ten kraj i niestety niektóre informacje były błędne, ale ostrożności nigdy nie za wiele, szczególnie w Iranie.
Stojące na przeciw nas kobiety pod długimi czarnymi chustami ukrywały torby wypełnione towarami kupionymi w Stambule. Atmosfera stawała się napięta. Celnicy zawracali kolejne osoby za metalowych drzwi oddzielających Turcję od Iranu. Wyrzucali za nimi przedmioty nielegalnie przewożone, które znaleźli przy nich w czasie odprawy celnej. Osoby te ukrywały lepiej przemycane towary i podchodziły do kontroli celnej kolejny raz.
Nareszcie nasza kolej! Musieliśmy wyjąć całą zawartość plecaka na stół specjalnie do tego przygotowany. Celnicy oglądali z wielkim zaciekawieniem każdą rzecz, która znajdowała się na stole. Pytali o niektóre z nich. Odprawa przebiegła jednak bez problemu. Odetchnęliśmy - byliśmy w Iranie. Pojechaliśmy dalej. Współpasażerowie byli bardzo sympatyczni i opiekuńczy. Każdy z nich starał się żebyśmy czuli się w ich kraju dobrze i abyśmy go dobrze wspominali. Często musieliśmy wybierać z kim zjeść i kto ma płacić - wszyscy chcieli nam stawiać. Tu jedzenie było trochę gorsze niż w Turcji, ale chętnie przyjmowaliśmy zaproszenia. Rozmawiali z nami tylko mężczyźni. Kobiety stał z boku i przyglądały się nam. Żadna z kobiet nie usiadła z nami przy jednym stoliku w czasie obiadu.
Po nocy spędzonej w Teheranie musieliśmy ruszyć dalej mieliśmy tylko pięciodniową wizę, więc nie mogliśmy dłużej zostać w Teheranie.
Następnego dnia udało nam się złapać autobus do Zahedanu, miasta położonego w pobliżu pakistańskiej granicy. Czekała nas kolejna długa, 12 godzinna podróż. Jechaliśmy przez pustynię i dokuczało nam pragnienie. W autobusie podawano co pół godziny podawano wodę, jednak my, nie znając pochodzenia tej wody baliśmy się jej pić. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że picie wody w Iranie jest całkowicie bezpieczne. Kończyły nam się irańskie pieniądze i chcieliśmy kupić podczas postoju autobusu herbatę płacąc za nią dolarem. Jednak sprzedawca nie chciał przyjąć tej imperialistycznej waluty. Z opresji wybawił nas irański żołnierz podróżujący tym samym autobusem. Nie tylko kupił nam herbaty, ale i podzielił się z nami swą wojskową racją żywnościową, która muszę przyznać smakowała nam. Żołnierz wracał z przepustki do macierzystej jednostki koło granicy irańsko-pakistańskiej. Wspomniał, że mieszka koło granicy z Irakiem. Żołnierz pomógł nam również w Zahedanie. Gdy dotarliśmy na dworzec autobusowy okazało się, iż nie ma już autobusów, które docierają do przejścia granicznego. Żołnierz długo nie myśląc zatrzymał samochód i zaczął pertraktować cenę.
W powrotnej drodze udało nam się pozostać dłuższy czas w Kraju Rewolucji Islamskiej. Jadąc autobusem z Zahedanu do Isfahanu wspominaliśmy przygody, które przeżyliśmy w Indiach. Nagle autobus zatrzymał się. Zobaczyliśmy żołnierzy obok autobusu. Każdy z nich trzymał karabin wymierzony w pasażerów. Dwóch żołnierzy weszło do środka autobusu i wybierając mężczyzn przeszukiwali ich. Potem wybierali bagaże i przeglądali je. Jeden z żołnierzy kazał zdjąć mój plecak i zawołać właściciela bagażu. Szybko przybiegł do mnie kierowca i przestraszonym głosem kazał wysiąść i iść do żołnierza.. Wysiadłam ja i Artur. Żołnierz przeglądał rzeczy w moim plecaku. Najbardziej zdenerwował się gdy wyciągnął kadzidełka zakupione w Indiach. Mieliśmy ogromne trudności aby wytłumaczyć mu co to jest, gdyż nie znał angielskiego. Podbiegli do nas inni przerażeni żołnierze. Kiedy w końcu powąchał kadzidełka kazał powkładać wyrzucone rzeczy i wsiąść do autobusu. Długo jeszcze po tym incydencie zastanawialiśmy się , co byłoby gdyby nie zgodził się powąchać? Mimo wszystko zasnęliśmy wykończeni podróżą. Chłopcy spali na porozkładanych na podłodze workach innych pasażerów. Mnie jako kobiecie kierowca pozwolił się przespać na swoim legowisku. W każdym irańskim autobusie na końcu jest wydzielone miejsce na materac odsłonięty od reszty autobusu zasłonką. Miejsce to było bardzo wygodne, ale nie wyspałam się bowiem co chwile przychodził kierowca i pytał czy wszystko OK.
Dotarliśmy wczesnym rankiem do Isfahanu. Pomimo zmęczenia ruszyliśmy zwiedzać miasto. Miasto to olśniło i zauroczyło nas swoją atmosferą. Isfahan zwany w starożytności Aspadana był na przestrzeni dziejów kilkakrotnie zrównany z ziemią. Jednak już średniowieczni poeci sławili cesarską rezydencję w środkowej Persji słowami Isfahan to połowa świata. Podróżnicy zwiedzający ten region świata opowiadali z fascynacją o 102 meczetach, 273 łaźniach publicznych i 1802 karawanserajach.
Zainteresował nas bazar, w którym czuło się dawną atmosferę Persji. W jednej z części bazaru znajdują się sklepiki tylko z dywanami perskimi. W tym miejscu jest specyficzny gwar - słychać nawoływania handlarzy, mnóstwo kupujących. Naganiacze zapraszają do wnętrza jedynie aby obejrzeć piękne i słynne perskie dywany oraz napić się wraz z rozpartym na fotelu, obwieszonym złotą biżuterią właścicielem sklepu, ewentualnie coś kupić. Mimo zmęczenia odczuwaliśmy wielką radość bycia w Isfahanie. Zwiedziliśmy przepiękny Masdżed-e Szah (Meczet Królewski ) o 60-metrowej kopule oraz wewnętrznych dziedzińcach i minaretach ozdobionych kolorowymi kaflami o roślinnych i geometrycznych wzorach. Meczet został zbudowany na miejscu dawnej świątyni ognia obiektu kultu wyznawców Zaratustry. Zachwyciła nas orientalna mozaikowa Brama Ali Kapu (Kolorowa Brama), na której zawieszone były wielkie portrety Chomeiniego i Rafsandżaniego . Na przeciwko bramy, po drugiej stronie Placu Majdan-e Szah, wznosi się równie wspaniały meczet Lotf Alla. Spacerując ulicami oglądaliśmy sklepy, które zachwycały nas swoim przepychem, którego nie spodziewaliśmy się w tym kraju. W Isfahanie nie można zapomnieć o tym, że Iran jest bogaty w złoża ropy naftowej. Są one istotnym elementem w rozwoju gospodarczym tego islamskiego kraju. Spacerując wzdłuż rzeki Zayandeh Rud dotarliśmy na najciekawszy most w Isfahanie - Khaju. Tu poznaliśmy Irańczyka, który poinformował nas, że możemy przedłużyć wizę w emigration office. Wzbudziło to w nas nadzieję, że będziemy mogli pozostać dłużej w Iranie. W pobliskiej kafejce zaczęliśmy planować zwiedzanie Iranu, gdy już przedłużymy wizy.
Rankiem podążyliśmy do Teheranu oczywiście tanim autokarem ( ze względu na niską cenę ropy naftowej) z klimatyzacją ( która jest niezbędna, gdyż droga wiedzie przez pustynię ) i z lodowatą wodą serwowaną pasażerom co pół godziny ( co obniżyło nasze koszty wyprawy, bo nie musieliśmy kupować transporterów wody). W autobusach, chociaż nie tylko, wzbudziliśmy sensację. Irańczycy są bardzo serdeczni, a turyści są dla nich tak egzotyczni jak oni dla nas. Zastanawialiśmy się z czego wypływa ta serdeczność. Czy była wynikiem dobroci serc, czy jedynie wypływała z ciekawości?. Niektórzy zadawali nam dziwne pytania o stosunki damsko-męskie w perwersyjnej Europie, o rozwiązłość białych kobiet, o to czy to prawda, że małżeństwa europejskie rozwodzą się po 3 lub 4 miesiącach?
W Teheranie poznaliśmy bliźniaków, którzy pomagali nam przedłużyć wizy i opiekowali się nami. Razem z jednym z braci zwiedziliśmy olśniewający przepychem Pałac Saadabad - letnią rezydencję Szacha. Podziwialiśmy kolekcję dywanów, obrazów, porcelany, broni, Rolls-Royceów. Udało nam się zobaczyć i to bez specjalnych pozwoleń- Muzeum Biżuterii w Bank Melli ze słynnym 182 karatowym brylantem Darya-e Nour.
Zwiedzaliśmy Teheran poruszając się autobusem. Był to szybki i tani środek transportu. Miejskie autobusy irańskie są podzielone na dwie części. Przednia część jest wydzielona tylko dla mężczyzn. W drugiej, mniejszej, mogą jeździć kobiety. Kobieta nie ma prawa wsiąść do części autobusu przeznaczonej dla mężczyzn. Ja przeżyłam chwilę grozy, gdy koledzy wsiedli wraz z Przewodnikiem( tak nazywaliśmy jednego z braci, który nas oprowadzał po mieście) do pierwszej części, a mnie kierowca nie otworzył drzwi. Gdy pobiegłam do przednich drzwi to oburzeni mężczyźni wskazywali mi tylne wejścia. A kierowca nie otwierał! Bałam się, że mogę zostać na przystanku w środku Teheranu bez grosza przy duszy. Jednak po interwencji Przewodnika kierowca otworzył drzwi. Weszłam do środka. Wszystkie kobiety siedzące z tyłu autobusu zlały mi się w jedną czarną masę. Ani jedna nie była ubrana inaczej niż w czarną chustę. Najgorzej podróżowało się ok. godziny 17.00, gdyż kobiety nie pachniały zbyt świeżo. Trudno się dziwić. Miały przecież na sobie ubranie odpowiednie na temperaturę: - 20C a nie +50C!
Siedząc sama z tyłu autobusu próbowałam porozmawiać z pasażerkami. Niestety nie było to łatwe, gdyż najczęściej nie znały one żadnego języka oprócz perskiego. Jednak udało mi się zdobyć kilka wiadomości dotyczących kobiet żyjących w tym kraju. Większość kobiet, z którymi rozmawiałam było zadowolonych z trybu życia jakie prowadziły. Twierdziły, że Koran określił role kobiety i mężczyzny w życiu. Muzułmanka ma prawo pracować i kształcić się, ale pod warunkiem, że nie zaniedba jej podstawowego obowiązku jakim jest praca w domu dla dobra męża i dzieci. Wg nich dzieci potrzebują nie tylko mleka i odzieży, ale także - i to przede wszystkim - miłości matczynej. Dla kobiet Zachodu jest ujmą bycie gospodynią domową a dla muzułmanek to najważniejsza rola jaką wypełnia człowiek. Wytłumaczyły mi, że każda kobieta wyznająca islam powinna zasłaniać twarz kwefem, gdyż jest to zgodne z tradycją. Kwef zabezpiecza jej umysł przed popadnięciem w grzech. Ponadto kwef ostrzega kobietę przed obnażaniem jej uroków i powabu fizycznego przed oczyma obcych mężczyzn. Jedna z moich rozmówczyń powiedziała, że właśnie dlatego kobiety z Europy należy nazwać kobietami - przedmiotami. Zapytałam dlaczego kobiety nie mogą modlić się w meczecie w miejscu, w którym modlą się mężczyźni? Odpowiedziały mi, że wynika to z regulaminu dyscypliny modlitewnej, a nie z klasyfikacji stopnia ważności modlących się. Jeśli modliliby się w tych samych rzędach mężczyźni z kobietami umysły mogłyby zajmować się grzesznymi myślami nie związanymi z modlitwą. Tak więc cel modlitwy zostałby utracony. Niestety nie uzyskałam odpowiedzi na wszystkie pytania, które mnie nurtowały.
***
W Iranie wymiana pieniędzy w banku jest nieopłacalna. Trzeba dokonywać takiej transakcji na czarnym rynku, gdzie kurs jest lepszy o 30 %. Więc nasz Przewodnik zaprowadził nas na bazar i powiedział, że musimy się pokręcić koło wskazanych mężczyzn, wtedy oni zaproponują nam wymianę dolarów. On natomiast nie chciał w tym uczestniczyć, bo sobie przypomniał, że musi zadzwonić. Kiedy już mieliśmy finalizować transakcję partnerzy irańscy krzyknęli Policja. Koło nas zrobiło się pusto, a my zostaliśmy z plikiem banknotów w reklamówce, ponieważ za ok.100 dolarowy banknot otrzymywało się całą reklamówkę pieniędzy. Po chwili okazało się, że był to mylny alarm. Jednak przenieśliśmy się, aby przeliczyć pieniądze do pobliskiego meczetu. My liczyliśmy a nasi handlowi partnerzy udawali , że się modlą. Gdy wróciliśmy na bazar nasz przewodnik dalej stał w budce telefonicznej i nas obserwował. Podchodząc bliżej zobaczyliśmy, że nawet nie trzyma słuchawki. Na pytania naszego australijskiego przyjaciela dlaczego to robi i czy kogoś się boi nie odpowiedział nic, jedynie ponaglił nas abyśmy szli szybciej.
***
Z przedłużeniem wizy irańskiej mieliśmy wiele kłopotów. Do emigration office musieliśmy jeździć codziennie. Urzędnicy niechętnie przedłużali wizy i wydawali decyzję odmowne, gdy tylko coś im się nie spodobało W naszym przypadku byli zdziwieni, że ktoś z Lechistanu chce przedłużyć wizę. Przewodnik tak nam pomógł, że jeden dzień byliśmy nielegalnie w Kraju Rewolucji Islamskiej. A kary za łamanie prawa są tutaj bardzo surowe! Opisane sytuacje były śmieszne i niewyobrażalne dla człowieka żyjącego w demokratycznym kraju. Jednak nas najbardziej bawią teraz, gdy już jesteśmy w Polsce. Teraz często śmiejemy się z zachowania Irańczyków, ale były momenty gdy wątpiliśmy w ich dobroć i marzyliśmy o wyjeździe do Turcji.
Mając nareszcie w ręce paszport z przedłużoną wizą ruszyliśmy zwiedzać Iran. Niestety, już pierwszą przeszkodę napotkaliśmy w Teheranie. Okazało się, że nie ma w tym dniu autobusu do Szirazu. Żadna z agencji przewozowych nie mogła nam pomóc. Biegając z jednego okienka dworcowego do drugiego spotkaliśmy mężczyznę , który usiłował kupić bilet też w tamtym kierunku. Po krótkiej rozmowie zdecydowaliśmy się wynająć taksówkę i ruszyć na południe Iranu. Wytargowaliśmy cenę 6$ od osoby za ok. 400 km - należy w tym miejscu zaznaczyć, że ma to miejsce na ziemi bogatej w złoża ropy, a więc taniego paliwa. Mężczyzna, z którym jechaliśmy mówił bardzo dobrze po angielsku - co w Iranie należy do rzadkości. Okazało się, ze mieszkał kilka lat w USA. Było to dla nas dużym zaskoczeniem, że Irańczyk powrócił do kraju i to z Ameryki. Przecież wiedzieliśmy jakie stosunki łączą USA i Iran po spaleniu ambasady USA w Teheranie podczas Rewolucji Islamskiej. Dowiedzieliśmy się, że powrócił do kraju, aby zająć się rodzinnymi fabrykami: dywanów perskich i szkła. Wykładał także ekonomię w szkole biznesu. Jadąc zobaczyliśmy najpierw iluminację, a potem wyłoniła się przed nami wielka złota kopuła, a cała budowla przypominała kształtem meczet. Profesor udzielił nam informacji, że budowla która nas tak zachwyciła swoim bogactwem i rozmiarami to Grobowiec Chomeiniego. Kopuła grobowca była pokryta 24 karatowym złotem. Profesor kazał zatrzymać się taksówkarzowi, a my poszliśmy zwiedzać. Były tam dwa wejścia jedno dla mężczyzn a drugie dla kobiet. Koledzy weszli szybko, natomiast mnie jako innowierczyni nie chcieli wpuścić do środka. Dopiero po interwencji Profesora udało mi się zobaczyć wnętrze ze stojącym po środku grobowcem Chomeiniego. Muzułmanie przyjeżdżali tu aby modlić się, ale i odpocząć. Wokół grobu na dywanach leżały całe wielopokoleniowe rodziny. Dzieci biegały koło kolumn. Zaskoczył nas ten widok.
Idąc dalej cały czas zastanawialiśmy się dlaczego taka budowla w ogóle powstała. Czy jest to miejsce kultu Wielkiego Przywódcy Iranu - Chomeiniego, czy tylko miejsce gdzie irańska rodzina przychodzi aby odpocząć? Kiedy prawo rewolucji islamskiej przestanie obowiązywać i ludzie będą mogli powiedzieć co im naprawdę odpowiada a co przeszkadza. Co kochają, a co tylko muszą uwielbiać?
Profesor zaproponował nam nocleg w jego domu. Zaproszenie przyjęliśmy z ogromną uciechą gdyż byliśmy bardzo zmęczeni i wyczerpani. Po wykwintnym perskim śniadaniu z prezentami od profesora ruszyliśmy do Szirazu. Podróż minęła nam bardzo szybko gdyż jechali z nami biesiadnicy weselni, którzy śpiewali tradycyjne pieśni i tańczyli wspólnie z nami w jadącym autokarze. Do Szirazu dotarliśmy późnym wieczorem. Jedząc obiado-kolację zapoznaliśmy się z grupką młodych Irańczyków, którzy obwozili nas po okolicy. Potem zaproponowali nam wspólny piknik koło popularnych mauzoleów słynnych poetów Hafeza i Saadiego. Kolacja była bardzo obfita i bogato zakrapiana. Było to dla nas bardzo dziwne, przecież byliśmy w kraju typowo muzułmańskim, gdzie Wszechmogący Allach czuwa aby nikt nie pił alkoholu. Dla Irańczyków, których obowiązują reguły Koranu , było to niebezpieczne. Jeszcze bardziej dziwne był sam sposób picia alkoholu. Przyjaciele muzułmańscy rozłożyli na kocu prowiant i duży termos, w którym nie było herbaty , a bimberek. Zachęcali nas do wspólnych zabaw, zabrali do irańskiego wesołego miasteczka.
Niestety musieliśmy się pożegnać z naszymi przyjaciółmi i wyruszyliśmy aby zwiedzić ruiny Persepolis. Ruiny te ,chociaż ogromne, dają niewielkie wyobrażenie o bogactwie tej jednej ze starożytnych siedzib dynastii Achemenidów. Plutarach rzuca na te sprawę nieco światła pisząc, że Aleksander Wielki, który w 340r p. n e zdobył Persepolis potrzebował 10 tysięcy mułów i 5 tysięcy wielbłądów , aby wywieźć znalezione skarby.
Wśród całego kompleksu wyróżnia się Sala Audiencyjna Dariusza Wielkiego, która mieściła 6 tysiecy kolumn o wysokości 18m., dla około 10 tysięcy osób. Jeszcze wspanialsza była komnata tronowa Kserkesa znana jako Sala 100 kolumn. Mogliśmy podziwiać rozległe płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia ludzi z imperium Achemenidów. W tym miejscu nie spotkaliśmy żadnego białego turysty. Persepolis zwiedzało wiele par irańskich, ale także całe rodzinny. Najczęściej gromadką dzieci opiekował się ojciec co nas bardzo zdziwiło. Matki jedynie przysiadały pod drzewem i karmiły swoje pociechy.
Niestety musieliśmy wracać do Teheranu, a stamtąd do Istambułu, ponieważ mieliśmy zarezerwowane miejsca w autobusie powracającym do Polski. Cóż wyprawa nasza dobiegała końca. Rozpoczynał się rok akademicki. Każdy z nas powracał do swoich obowiązków i zajęć. Wspomnienia pozostały. Odżywają wieczorami, gdy spotykamy się wspólnie i przypominamy sobie przygody z krajów odwiedzonych przez nas. Każdy z nas wypowiada się z sentymentem o serdeczności ludzi zamieszkujących Iran. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam odwiedzić ten kraj, poznać obyczaje i spojrzenie na życie ze strony muzułmanina. Nauczyłam się właśnie w Iranie powiedzonka :Insza allah czyli jak Bóg pozwoli. Może tam powrócę - Insza allah
Przejścia na strony: